RSS
 

Świnia czy Świna?

15 lis

DSC_0720

- Ach kapitan! Dobrze, że jesteś. Wczoraj, jak łowiłeś ryby na Baryczy, to my tu wszyscy toczyliśmy intensywny dyskurs na temat, skąd się wzięła nazwa Świnoujście. Ty, kapitan, jako stary bywalec tychże stron chyba coś wiesz w tej sprawie?

  – Miły Johnie! W tym mieście uchodzi po prostu rzeka Świna i z stąd ta nazwa miasta.

 - A ja żem sobie dumał, że t tego miasta świnie uchodzą.

  – W tym właśnie problem, że nie uchodzą. Świnie i to często dzikie tam są. No dobra, jak chcesz to ci opowiem skąd nazwa się bierze. Jak wiesz, John przez dziesięć lat mieszkałem i pracowałem w Międzyzdrojach. Miastem graniczącym ze Świnoujściem. Ta nazwa – Świnoujście, nigdy nie dawała mi spokoju. Skąd się wzięła? Czy rzeczywiście tędy uchodziły jakieś świnie, a jeśli tak, to gdzie? Problem ze świniami miasto Świnoujście ma zresztą do dziś, podobnie jak i Międzyzdroje. Tyle tylko, że to są dzikie świnie i nigdzie nie uchodzą tylko podchodzą do ludzi. Nauczyły się bowiem, że turyści zawsze mają coś dla nich do jedzenia i to pomimo często spotykanych tablic z napisem: „Nie karmić dzików”. Zdarzało się też niestety, że niejeden turysta został poturbowany przez owe dzikie stworzenia. Prawdopodobnie nieszczęśnik albo nie miał nic do jedzenia, albo nie chciał się z „braćmi mniejszymi” podzielić. No i jak tu nie karmić.
Władze miasta zorganizowały więc specjalną akcję i sami dokarmiali te zwierzęta. Pasza jednak była zatruta. Nie tak, aby zwierzęta padały jak muchy, ale tak aby się zaśliniły jak czasami śliniak z „Rodziny zastępczej” i popłakały jak bobry. Nie bardzo to jednak skuteczne lekarstwo. Dziki grasują nadal. Widocznie prawdą jest to, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do trucizny też.
Być może zapłakane dziki to dalecy potomkowie świń, które mieszkały tu w XVIII wieku i wywołały prawdziwą czterdziestoletnią „świńską wojnę”. Ubodzy chłopi hodowali tu świnie w sposób wybitnie wolno – stanowiskowy, a nawet wolno – wybiegowy. Świnie wybiegały bowiem tam gdzie chciały, a chciały najczęściej do lasów książęcych i borów królewskich, na co książęta pomorscy i król Prusiech nie mogli się zgodzić. W obronie nadmorskich plantów w 1763 roku Ehbers, nadzorca budowy portu, zażądał ustanowienia pastucha, który opiekowałby się hordami. Kilka lat później nakazano niepokorne zwierzęta odstrzeliwać. Kłopot rozwiązał się na początku XIX wieku, kiedy to przemyt, który rozkwitł w porcie w okresie wojen napoleońskich, stał się zajęciem o wiele bardziej lukratywnym niż hodowla świń i rybołówstwo nawet razem wzięte, czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Od 1824 roku ambicją Świnoujścia stało się uzyskanie statusu nadmorskiego kurortu i świnie odeszły w niepamięć, bo już wtedy politycy wyznawali zasadę, że jak się chce jakiegoś problemu pozbyć, to należy udawać, że go nie ma, albo czym prędzej zastąpić go innym.
Ja tam mam swoją teorię. Kiedyś rzeka Świna nazywała się po prostu Świnia. Nikomu to nie przeszkadzało, ale kiedy zaczęli przyjeżdżać turyści to zrobiło się trochę głupio, bo nikt nie chciał wypoczywać nad Świnią albo mieszkać nad Świnią, że o pływaniu w Świni nie wspomnę, nawet jeśli jest ona przez wielkie Ś. Przerobiono więc nazwę na Świna.

  – Pewnie zaschło ci już w gardle od tego gadania, może wina?

  – Byczą krew poproszę.

– Dalej nie jesz mięsa, kapitan?

– Nie dlatego namiastką jest bycza krew.

- Za te opowieść masz całą butelkę z rabatem.

  – Jakim?

– Toaleta i szatnia za darmo.

– O ty swinio!

– Żartuję kapitan.

– Ja też, twoje zdrowie John!Ahoj!

  – Ahoj, kapitan.

 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Imigranci

25 paź

imigrantka-Ahoj kapitanie! Powitać bywalca bagien i mokradeł Doliny Baryczy. Co słych-ować u waćpana?

- A witam starego Johna, najlepszego warzy-piwowara na świecie. Polej mi John czerwonego wina grzanego, bom zmarzł okrutnie nad wodą imigrantów wypatrując.

- To i ciebie kapitanie wciągnęli w to zjawisko?

- Taka praca John.

- Widziałeś jakiegoś imigranta.

- Pełno John. Całe tabuny. Siła ich John.

- Nie tabuny, lecz tabory może?

- To nie Cyganie John, choć podobni. Przybywają do nas z Afryki i Azji.

- To wiem kapitan, ale co ty dokładnie z nimi robisz?

- Nic specjalnego, śledzę i badam czyli monitoruję.

- Co monitorujesz?

- Czy jakiejś zarazy nie przynoszą.

- To ty kapitan nie szukasz współczucia, zrozumienia czy choćby ludzkiej solidarności tylko zarazy w nich? Zaczynam się kapitan wstydzić za ciebie.

- To między innymi dla twojego dobra John.

- Nie chcę takiego dobra kapitanie. No, ale dobra, powiedzmy, że znajdziesz u nich tę zarazę. To co wtedy zrobisz.

- Nie ode mnie to zależy, ale od „góry”. Prawdopodobnie jednak uśmiercimy i zutylizujemy.

- Co?

- To najwłaściwsze i jedynie słuszne postępowanie, John.

- Powiedz mi chociaż kapitanie, co to za zaraza u tych imigrantów.

- Influenza.

- A z czym się to je?

- To rodzaj grypy John.

Wielkie nieba kapitan! Z powodu grypy chcecie ludzi uśmiercać?

- Jakich ludzi John, co ci chodzi po tej starej głowie? Ja o ptakach mówię.

- O ptakach?

- Tak o ptakach. Przylatują z Afryki ze Wschodu i to nawet tego Dalekiego i mogą przywlec ptasią grypę, która może być groźna między innymi dla ciebie John.

- A ja myślałem, że…

- No właśnie John. Wydałeś osąd zanim poznałeś temat. Twoje niezrozumienie sprowadziło cię do myślenia o mnie w kategorii mordercy. Sam teraz widzisz, jak bardzo to było niesprawiedliwe.

- Wybacz kapitan. Masz u mnie cała flaszkę za darmo dzisiaj.

- Dobra John. Wypiję za właściwe wybory.

- A prawda, ja już głosowałem. Dałem swój głos na…

- Cicho John, cisza wyborcza przecież.

- Twoje zdrowie John.

- Twoje zdrowie Kapitan. Ahoj!

- Ahoj!

 

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdzie jest złoto?

26 wrz

złoto ziemi

Nastały na naszą ziemię ostatnimi czasy takie niesamowite upały, że ino patrzeć, jak stepowieje nasz krajobraz ojczysty. Rodzima szata roślinna zamiera, a niektórym to palma już zaczyna odbijać. Wszystkich ogarnęła prawdziwa gorączka złota. Złoty blask oślepia ludzi nie tylko w postaci słonecznych promieni, ale ostatnimi czasy również w formie niesamowitych opowieści o tym, co jest pod ziemią, pod moją ukochaną dolnośląską ziemią. Nawet w tawernie „Pod Wrakiem” miast snuć morskie opowieści wszyscy gorączkowo bredzą o złotym pociągu, tunelach zasypanych i wielkim mieście pod ziemią.

 - Powiadam ci John, wiercą, kopią, świdrują georadarują .

 - Co znowu bieda-szyby wróciły do łask?

  – Coś w tym rodzaju, tyle tylko że tym razem to nie węgla szukają, a złota.

- Kiedyś mnie uczono, że węgiel to czarne złoto Polski.

- Dziś już nie. Ceny węgla spadają na łeb. Dziś Polska nie węglem, a złotem stoi.

- Słyszałem nawet, że jeden Polak chciał złotem zapłacić za taksówkę w Chinach.

– Nie złotem, a złotym medalem.

- A co to za różnica?

– Ano taka, John, że to był medal z mistrzostw świata.

– Prawdziwa polska fantazja.

– Tym bardziej, że poparta okowitą.

 - A właśnie, co dziś pijemy, Kapitanie?

- Wiesz, że piję tylko wino.

- Mam dziś Chianti Classico prosto z Toskanii.

 - To też prawdziwe złoto Toskanii.

 - Bo złoto kapitanie, jest wszędzie tam, gdzie jest miłość i przywiązanie do ziemi. To ziemia za należyte traktowanie złotem ludziom odpłaca. Aby być bogatym, nie trzeba szukać zrabowanych skarbów pod ziemią, wystarczy żyć na ziemi i z ziemi, na której się żyje. Dla Zamku Książ prawdziwą żyłą złota jest fala turystów i dziennikarzy, którą dziś napędza bajka o złotym pociągu, a w maju Święto Kwiatów,  dla Toskanii tym złotem są winnice, a dla mnie ta tawerna, bez której pewnie nie mógłbym żyć…

- Ja też nie.

  – I to wcale nie dlatego, że tawerna przynosi mi jakiś dochód, bo bywa i tak, że wcale go nie przynosi, ale przede wszystkim dlatego, że tu przychodzą ludzie, którzy są solą tej ziemi, tak jak ty kapitan. Ja nie wiem, co jest na 65 kilometrze kolejowego szlaku, ale wiem, co jest na moim 65 roku życia i powiadam ci kapitan, że to, co tam znajduję jest prawdziwym złotem i czyni mnie bogatym.

- Święte słowa John. Nalej mi jeszcze tego Chianti Classico i czymogę zapłacić medalem?

  – Złotym?

- Nie, ale maratońskim.

– Schowaj ten medal, kapitan. Te medale to twoje złoto. Mnie zapłacisz dudkami, jak je będziesz miał.

– Ahoj, zatemJohn.

– Ahoj, kapitan.

 

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiana barw

25 sie

Zamek willa w parku bukowymDługo mnie nie było w ” Tawernie pod Wrakiem”. Sprawy związane ze zmianą bandery okazały się tak absorbujące, że nie znalazłem ani jednej chwili, by odwiedzić starego Johna. Czas to naprawić! Idę na wino. John pewnie myśli, że znowu porwali mnie  kosmici. Tym razem sam się porwałem na wielkie stawy i bagna Doliny Baryczy. Śmieją się niektórzy, że zamieniłem barkę na kajak i zamiast pływać, to brodzę. Miał rację Andrzej – mój znajomy i stary wilk morski, że stałem się kapitanem żeglugi szuwarowo – bagiennej. Odnalazłem jednak w tej krainie ciszę i spokój i jestem jeszcze bliżej natury.

- Witaj kapitanie! -  Zawołał John na powitanie – Jużeśmy wszyscy tu myśleli żeś bracie przepadł w odmętach morskich głębin.

 - nie bój, John. Ja choćbym i przepadł w głębinie losowych zdarzeń, to zawsze gdzieś wypłynę, niczym „Latający Holender”. Barwy zmieniłem John.  Rzuciłem na dobre banderę Gryfa i do nóg padłszy najjaśniejszej księżnej Jadwigi Śląskiej o służbę we flocie, co pod godłem Św. Piotra pływa poprosiłem, a zgodę uzyskawszy, banderę ową na maszt kadłuba mego wywiesiłem. Blisko domu John.

 - Ale do morza daleko.

  – Dla mnie każda woda dobra.  Nie narzekam. 

 - piwa się napijesz?

 - Nie, John nie piję piwa. Chyba, że twojej produkcji. To, co oferuje dzisiejszy przemysł nie jest już piwem.

 - No. mojego niestety nie mam. Brdzie za jakieś parę tygodni. Sam wiesz, jak długo musi dojrzewać. Może Rumu?  

 - Rum jest dobry na okręcie, gdzie nie ma czasu na delektowanie się smakiem. Tu na lądzie trunkiem z wyboru jest wino, John. Daj mi dobre czerwone wytrawne wino.

  -  Sie robi, kapitan. Co do wina? Mam flaki, golonkę , wołowinę….

 - Nie jem mięsa John.

 - Co?

 - To, co robi dzisiejszy przemysł ….

- Nie jest już mięsem.

 - Właśnie, John.

– Widzę,  że nie tylko banderę zmieniłeś, upodobania również. Mam nadzieję, że biegać nie przestałeś. Aż się boję o to pytać.

 -  A właśnie John.  Szykuj dla mnie dużo makaronu i sosu pomidorowego. We wrześniu mój ostatni maraton.

 - Bój się Boga, kapitan nie będziesz biegał?

 - Nie John, będę chodził, albo jeździł na rowerze. 

 - Zamiast morza, nizinne wody, zamiast piwa i rumu, wino. Zamiast mięsa, ryby i makaron. zamiast biegania, marsz i pedały. Kapitan toż to totalna zmiana barw.

 - Ano tak właśnie jest John. Pora na zmiany. Żyć trzeba teraz wolniej, spokojniej i na luzie. Życie typu slow, John. Ahoj!

 - Ahoj, kapitan.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

26 mar

tawerna

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Aaaa! Powitać kapitana! A gdzież to twoja dziewoja?

- John, ja właśnie w tej sprawie. Powiedz mi coś o tej kobiecie. Później ci to wyjaśnię, ale na razie musisz wiedzieć  jedno, ja nic nie pamiętam.

- Na Boga, kapitanie! Aż tak źle z tobą?

- Przestań, John! Mów!

- No to była kobieta naprawdę nie z tej ziemi….

- Skąd wiesz, że była nie z tej ziemi?

- Kapitan, tak się tylko mówi. Ona była po prostu cudownej urody, jak anioł. Wszyscy żeśmy tobie zazdrościli takiej znajomości. Była niezwykła jeszcze pod innym względem: piła piwo z tobą, jak równa z równym, tylko że to ty byłeś coraz bardziej pijany, a ona zaś, jakby wodę w siebie lała. Nic po niej nie było poznać. No i jeszcze ten pies. Zawsze przychodziliście w towarzystwie wielkiego bernardyna.

- Wiem,ten pies tu jest. Siedzi za drzwiami tawerny.

-A gdzie ona?

- Znikła.

- Znikła?

- Tak, John. Powiedz mi, czy mówiła, gdzie idziemy, kiedy już wychodziliśmy?

- Nie, nigdy. Myśleliśmy, że idziecie do twojej barki. Ona po prostu  brała cię pod ramię i wychodziliście mówiąc nam wszystkim „do widzenia”. Dziwne było tylko to, że pomijając ten pierwszy raz, ty również pomimo tego, że wypijałeś po parę piwek byłeś równie trzeźwy jak ona. Nawet sobie pomyślałem, że jak człek się zadurzy kobiecie, to w alkoholu już zadurzyć się trudniej. 

- Tylko raz byliśmy na barce razem. Tylko raz, w pierwszą noc. Później nie mam pojęcia, gdzie byliśmy, ale zacznę od początku.

- zamieniam się w słuch, kapitanie.

-Pamiętam, jak zacumowałem barkę przy nabrzeżu. Cieszyłem się, że po trzech tygodniach żeglugi zejdę na ląd, że niebawem zobaczę żonę i dzieci, no i że jak każdy marynarz schodzący ze statku zawitam do swojej ulubionej tawerny, czyli do ciebie John. 

- Miło mi to słyszeć, kapitanie i właśnie przyszliście, ty , ona i ten pies. Wszystkich nas to zamurowało. Zamurowała nas jej nieziemska uroda, ale nade wszystko nie mogliśmy wyjść ze zdziwienia widząc ciebie z kobietą inną niż twoja żona. Zresztą, z żoną również nie przychodziłeś do tawerny. Raczej sama przychodziła, żeby cię zabrać do domu. A tymczasem wy o, siedzieliście tu, przy tej ławie i piliście piwo, jedliście, śmialiście się, żartowaliście. Byliście w siódmym niebie, kapitanie. Ty mówiłeś, że pójdziesz do domu, że masz dwa tygodnie urlopu, że w domu na mnie czekają, ale ona mówiła: „nie, nie kochasiu, te dwa tygodnie to ty spędzisz ze mną”. Sam byłem ciekaw, co z tego wyniknie. Wychodzi na to, że miała rację. Przychodziliście do tawerny codziennie wieczorową porą. Oczywiście chciałeś za wszystko płacić, ale ona stanowczo zapowiedziała, że funduje cały pobyt w tawernie razem z wszelkim jadłem, napitkiem i napiwkiem dla Johna. Szczerze mówiąc zbytnio nie protestowałeś, a napitki znacznie przewyższały twoje, o ile jakikolwiek kiedyś były. Potem, jak już mówiłem wychodziliście.

- A ja budząc się wczoraj w niedzielę poczułem na twarzy mokry ciepły i szorstki jęzor tego bydlęcia. Krzyknąłem z przerażenia i wstałem na równe nogi. Ja tego psa widziałem wtedy po raz pierwszy w życiu. Stałem jak wryty i za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć skąd to zwierzę się u mnie wzięło. No nic, myślę sobie, jakoś się to wyjaśni. Włączyłem radio, moją ulubioną „trójkę” i poszedłem do łazienki. Z nadmiaru wrażeń musiałem wziąć prysznic. Prawdziwy zimny prysznic popłynął jednak z radia. Podali datę i godzinę. Wynikało z niej, że przespałem dwa tygodnie, John.

Powoli docierała do mnie ta straszna świadomość utraconego czasu. Nie mogłem jednak zrozumieć, dlaczego nikt mnie nie szukał. Mam przecież rodzinę znajomych, przyjaciół. Nikt nie przyszedł na barkę. Musieli przecież widzieć moją barkę.Nikt, naprawdę nikt się mną nie zainteresował.

Potem poszedłem do łazienki dokończyć procesu golenia i wtedy w ramie lustra zobaczyłem kartkę. Rozwinąłem papier i przeczytałem wiadomość „na obroży psa jest pendrive z wyjaśnieniem dla ciebie”. 

Podszedłem do komputera. Pierwsze ,co mnie zaskoczyło, to informacja o pojemności pamięci…trzycyfrowa. Wydrukowałem list.

  – Masz go?

– Mam, John. zaraz ci przeczytam.Posłuchaj!

 „Nie jestem człowiekiem. Pochodzę z planety Santori. Tak, tej samej, którą twój rodak opisał w książce i wcale on sobie tej planety nie wymyślił.On na niej był, bo my Santorianie go tam zaprosiliśmy i zabrali. Jak wiesz potrafimy przybierać różne formy życia, a nawet upodabniać się do martwej materii. Tu, na ziemi przybrałam postać kobiety, żeby cię uwieść. To było niezbędne do realizacji naszego planu badawczego waszej planety i was samych, czyli ludzi. Pierwszą noc spędziłam z tobą na barce, bo ci chciałam jakoś wynagrodzić to >>porwanie<<, zresztą sama byłam ciekawa jak to jest, ale nic z tego nie wyszło, gdyż byłeś tak pijany, że zaraz po wejściu do kajuty ległeś na tapczanie i zasnąłeś w ubraniu. Następnej nocy musiałam cię już zabrać na nasz statek, gdzie zostałeś dokładnie mikron po mikronie  zeskanowany razem z twoim ciałem i całą pamięcią intelektualną. Twoja wierna kopia pozostała na ziemi razem ze mną i psem,który wcale nie jest psem, tylko po prostu moim kolegą. Miał nas chronić. Trochę udoskonaliliśmy twoją replikę. Tak jak, my Santorianie stałeś się niewrażliwy na alkohol. Po prostu na cię nie działał. No i w twojej czaszce zamontowaliśmy nadajnik, który rejestrował wszystko, co widziałeś, słyszałeś, mówiłeś, a nawet myślałeś. Tak więc pod względem formalnym wszystko było normalne. Cały urlop spędziłeś razem z żoną i dziećmi, a wieczorem spotykałam się z tobą w tawernie i ściągałam z ciebie te wszystkie dane z rejestratora. Prawdę mówiąc czułam się jakbym ciebie rozbierała. Na Ziemi nie jestem sama. Jest nas wielu. W ten sposób poznajemy wasze zwyczaje, wasze życie, myśli, doznania, również te zmysłowe, intymne…po prostu wszystko. Twój oryginał pojechał na Santori, gdzie w waszym ziemskim rozumowaniu posłużył do zapłodnienia naszej rozumnej materii. W całym wszechświecie poszukujemy nowego materiału genetycznego. Jest on naszym pokarmem. Dzięki niemu możemy żyć. Znamy kulturę, poziom i historię wielu dziesiątek cywilizacji we wszystkich niemalże znanych nam galaktykach. Oczywiście po dwóch tygodniach dokonaliśmy ponownej wymiany. Zwróciliśmy ziemskiemu bytowi twój oryginał, a kopia, jak wy to nazywacie poddana została utylizacji służy teraz jako polepszacz gleby w twoim ogródku. Wybacz, ale masz wymazaną pamięć z ostatnich dwóch tygodni….”

 - John, pomimo tego listu ja dalej nie mogłem w to uwierzyć i ze strachem opuściłem pokład i poszedłem do domu. Niepotrzebnie. Żona objęła mnie za szyję, ucałowała i podziękowała za urocze dwa tygodnie,które razem żeśmy spędzili, a nade wszystko za niezapomniane noce.Wybaczyła mi nawet te wieczorne eskapady do „Tawerny Pod Wrakiem”. Mówię ci John,poczułem się nawet zazdrosny o tę moją kopię i szczerze powiedziawszy nie żałuję, że skończył jako polepszacz gleby. Dzieci również były zadowolone, bo „tata” finansował im wszystkie wyjścia, imprezy, wyjazdy… ale przede wszystkim były wdzięczne, za to, że po prostu byłem.

 - Całe szczęście kapitanie, że to się tak skończyło. Trudno w to uwierzyć, ale lepiej wierzyć już w to, aniżeli wiedzieć żeś postradał zmysły, a w najlepszym przypadku pamięć.    

 - To jeszcze nie wszystko, John. 

- Coś jeszcze?

- Ona mi w tym liście napisała dalej, że tam na Santorii naprawili w moim ciele parę rzeczy, które mogłyby być dla mnie niebezpieczne dla życia. Tak więc, udrożnili moje kanały odpływowe zmniejszając prostatę, wyremontowali mój zakład utylizacyjny, czyli usunęli zwyrodniałe komórki wątrobowe, oczyścili mój kanał spustowy usuwając polipy w jelicie grubym, poprawili zaopatrzenie w paliwo dla mojej pompy ssąco-tłoczącej, czyli poszerzyli i uszczelnili moje naczynia wieńcowe, usprawnili moją reakcję jądrową, by przedłużyć działanie rdzenia reaktora, czyli….

- No i co, działa, kapitanie?

- Jasne, jak działo, John, jak działo.

- Mówiłeś kapitan, że  ta przenośna pamięć jest tak obszerna. Po co?

- Bo tam były plany rakiety.

- Co? Wielkie nieba!

- Tak,John. Wysłałem już je do NASA.

- A co może miałem to dać Rosjanom?

- Polakom, kapitanie. Polakom!

- Wybacz John, ale Polaków  nie stać na wybudowanie takiej rakiety. To statek międzyplanetarny o unikalnym napędzie i Amerykanie już zwiększyli swój budżet dla Nasa o dwa miliardy dolarów po to by tą rakietą polecieć na Marsa. Oczywiście pytali skąd mam ten projekt.

- No i co im powiedziałeś? 

- A co miałem powiedzieć? Prawdę, przecież by mnie wyśmiali.

- Co prawda, to prawda.

- Powiedziałem im, że ukradłem Rosjanom. 

- Uwierzyli?

- Z początku nie, ale jak im powiedziałem, że co, jak co, ale Polacy potrafią wykradać Rosjanom tajne tajemnice i przypomniałem im Bitwę Warszawską oraz postać płk. Kuklińskiego. Wtedy uwierzyli, ale powiedzieli, ze szkoda, bo w takim wypadku nie należy mi się gratyfikacja za opatentowanie projektu, a to John, ustawiłoby mnie i moją rodzinę nawet na pokolenia. 

- Nie masz kasy kapitan, ale masz zdrowie. Wypijmy za to.

- Kufle w dłoń John, a swoją drogą to szkoda mi tej mojej kopii. Mogła by się przydać.

- No jasne kapitanie, przynajmniej mogła by chlać bez umiaru i bez konsekwencji bo zachowując trzeźwość. Taki dar mógłby się przydać w niejednej sytuacji.

- No tak, ale powiedz mi John, co to za frajda chlać i się nie uchlać.  

- Frajdy w tym nie ma, ale sztuka to wielka. 

- John, daj trochę strawy dla tego psa. W końcu to forma życia  i żarcie mu się należy.

- Zaraz mu wyniosę. 

John otwarł drzwi tawerny, wyszedł na zewnątrz i powiedział:

 - Kapitanie, tu nie ma żadnego psa.

 - Odprowadził mnie i wrócił na Santori John.  

 

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziadek

27 gru

dziadek 1

Zawsze nadchodzi w końcu taki czas,
Spada nagle jak dziejowej burzy grom,
Trafia i poraża wybierając kogoś z nas,
Obwieszczając światu i nam jego zgon.

Stałym bywalcem „Tawerny pod wrakiem” był Michel. Jak wielu spośród nas miał tu swoje ulubione miejsce. Kiedy go poznałem byłem młodym świeżo upieczonym adeptem sztuki żeglarskiej i od samego początku naszej znajomości „dziadek”, bo tak tu go wszyscy nazywaliśmy urzekł mnie swoim charakterem opartym głównie na prostolinijnym działaniu ukształtowanym przez surowe, tradycyjne, góralskie wychowanie ustalone od wieków, bogate w niezaprzeczalne wartości moralne, przesiąknięte głęboką religijnością, ale jednocześnie niestroniące od humoru, groteski i dobrej zabawy. Był w tawernie duszą towarzystwa. Wszyscy go lubiliśmy. Choć jego cienki, ostry dowcip raził niejednokrotnie niemal każdego z nas, to jednak nie sposób było się na niego obrazić. Niezwykle rozmowny dzielił się z nami barwnymi opowieściami wziętymi żywcem ze swojego i nie swojego życia wypalając przy tym mniej więcej połowę paczki papierosów i wypijając pięć piw, zawsze pięć piw, ni mniej, ni więcej. Dziadek nie był żeglarzem. Swoje dzieciństwo i młodość spędził w górach uganiając się za dziewczętami, chodząc na baciarki i zabawy, ale i doświadczając ciężkiej pracy związanej z życiem na wsi w surowym klimacie raz po raz nękanym przez nieobliczalne oblicze natury. Ten sielankowy byt został brutalnie przerwany przez powołanie do służby w ludowym wojsku polskim. Jego jednostka została skierowana do walk z ukraińską powstańczą armią. Dziadek należał do nielicznych, którzy wyszli cało z tej wojennej zawieruchy i jak sam twierdził dzięki Matce Boskiej z Wojakowej, przed której malarskim obliczem złożył przysięgę, że jeśli go ocali, to do końca swego życia będzie do niej przyjeżdżał każdego roku na Wniebowstąpienie na odpust złożyć Jej hołd. W Wojakowej był 68 razy. Ostatni raz w 2014 roku. Może to i dziwne, na pewno zastanawiające, ale właśnie tyle samo lat spędził u boku swojej jedynej żony, którą kochał z całego serca i troszczył się o nią do końca swoich dni. Zawsze wobec niej wierny, zawsze uczciwy, tak jak przysięgał przed Bogiem na ślubnym kobiercu. Biedna Mary, również powalona przez chorobę została sama. Bezsilność ciała nie pozwoliła jej pójść na pogrzeb męża.
Po wojnie dziadek pracował w zakładach mięsnych, jako konwojent. Swój wolny czas poświęcał przede wszystkim rodzinie, ale także również swoim pasjom, którymi były konie, gołębie i ogródek. Każdej niedzieli odprawiał niezmienny rytuał: poranna msza, karmienie gołębi i wyścigi konne, na których obstawiał gonitwy groszowymi stawkami i cieszył się jak dziecko, gdy jego koń wygrywał dla niego grosze. Za te grosze kupował swoim dzieciom, a później swoim wnukom cukierki. Wieczorem zaś, zachodził do „Tawerny pod wrakiem”, gdzie wypalając połowę paczki papierosów i wypijając swoje pięć piw opowiadał nam starodawne dzieje o żołnierzach znad kresowych stanic, o obrońcach naszych polskich granic i o młódkach, lotach i oblotach i o koniach, gonitwach i o obstawianych trójkach, jedynkach, dwójkach i porządkach. Relacjonował wszelkie przejawy bliższego i dalszego życia społecznego dodając oczywiście swój osąd w danej sprawie, często nie szczędząc przy tym ostrej krytyki nieobyczajnego zachowania. Szczerze w duchu lubiłem go właśnie za to, że walił prawdą wszędzie na boki i podziwiałem fakt, że ta prawda w żaden sposób mu nie zaszkodziła, nie powaliła, jak wielu innych, którzy próbowali się z tą prawdą zmierzyć.
Pogrzeb był w sobotę. Synowie i wnuki na własnych ramionach i na własne życzenie nieśli trumnę dziadka, któremu w jedną rękę dali różaniec, a w drugą rękę program gonitw na najbliższą niedzielę, bo a nuż tam w niebie też będzie można obstawiać. Koledzy gołębiarze, zebrawszy wcześniej dziadkowe i swoje gołębie w drewniane skrzynie wypuścili je, gdy trumna schodziła w grobową czeluść. Dziewięćdziesiąt ptaków, czyli tyle, ile dziadek przeżył lat wzleciało w powietrze wspomagając anielski orszak w uniesieniu dziadkowej duszy do nieba. A potem poszliśmy całą tawernową kompanią do Mary złożyć jej kondolencje i każdy z nas opowiadał o tym, jaki to wspaniały pogrzeb miał dziadek. A potem wszyscy, jak jeden mąż poszliśmy do „Tawerny pod wrakiem”. Tam, w miejscu, gdzie zwykle siedział dziadek, John nakrył stół białym obrusem. Na stole postawił kufel okocimskiego, a obok niego popielniczkę i paczkę papierosów. Wyjął z niej jednego, zapalił i odłożył na popielniczkę. A potem John ważył i nosił nam pieniste kufle piwa, a my wznosiliśmy je w górę i patrząc w stronę białego obrusa wychylaliśmy je w toaście za spokój duszy dziadka. John co jakiś czas zapalał kolejnego papierosa, odkładał go na popielniczkę, zabierał kufel ze stołu i wylewał jego zawartość do zlewu, po czym ważył nowe piwo dla dziadka i umieszczał je na białym obrusie. I my piliśmy swoje kolejne piwa, wznosząc co jakiś czas toast za duszę dziadka i kiedy John wylał do zlewu piąty kufel, a w popielniczce spoczęło mniej więcej dziesięć wypalonych petów stary John wyszedł zza kontuaru, otworzył drzwi tawerny i donośnym głosem oznajmił: – Mości panowie! Dziadek wychodzi!. Wtedy my wszyscy powstaliśmy z miejsc i odprowadzając wzrokiem niewidzialną duszę dziadka zaśpiewaliśmy jej ostatnią szantę na melodię „Alleluja” Cohena, czyli tę, którą zawsze śpiewamy naszym marynarskim braciom w ich ostatniej drodze do Hilo.

Alleluja

Żeglarzu stary żegnaj nam,
Wędrówki Twojej nadszedł czas,
Za fałdy chwycisz dziś ostatni raz,
Wyruszasz dziś w cudowny rejs,
Do Hilo płyniesz noc i dzień,
Tam szczęście znajdziesz wieczne – Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

Do Hilo każdy dotrzeć chce,
Gdzie bryza marszczy fali grzbiet,
Gdzie spokój, cisza, szczęście wokół jest,
W tawernach śpiew, zabawy czas,
Kompanów zawsze pełen bar,
A w duszy radość zagra – Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

Niech marzeń czar prowadzi Cię,
Niech szczęście wieczne spełni się,
Niech uśmiech zawsze lśni na twarzy Twej,
Pożegnań dziś nadchodzi czas,
Śpiew mew niech niesie Cię do gwiazd,
Więc żegnaj Bracie nasz, Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pan Karp

16 gru

Pan Karp

– Witaj John, wiesz ja chyba już ostatni raz w tym roku jestem u ciebie w „Tawernie Pod Wrakiem”. Jutro wyruszam w 10-dniowy rejs powrotny do domu.. Cała moja barka załadowana karpiami. 30 ton karpa z Pomorza Zachodniego trafi dzięki mnie na Dolny Śląsk. Stawy Milickie nie dają rady sprostać zapotrzebowaniom dla Wrocławian
– 30 ton? I to żywe?
– Tak, John żywe, jako żywo.
– W wodzie?
– Tak, Johnie.
– No to masz pływający staw.
– Owszem, bardzo niewielki, ale masz racje, to jest staw, a właściwie stawek.
– To się opłaca?
– Musi, John. To konieczność. To obrona przed czeską konkurencją. My, Polacy jesteśmy największym producentem karpia w Europie. Rocznie jesteśmy w stanie wyprodukować od 15 do 18 tyś ton karpia. 80 % tej produkcji trafia na nasz rynek w okresie przedświątecznym, 10 % eksportujemy do Niemiec, pozostałe 10 % zjadamy w ciągu roku. Polscy hodowcy są w stanie zaspokoić w 100% zapotrzebowanie Polaków na karpia na wigilijnym stole, a mimo to Czesi są w stanie wepchnąć nam te swoje przerośnięte ryby. We Wrocławiu co dziesiąty karp, to karp czeski. Ach, John, nagadałem ci o tych procentach, więc polej mi jakieś procenty, bo w gardle mi zaschło.
– No to trzeba im zrobić kontrolę weterynaryjną, tak jak oni robią nam i coś im z tego zakwestionować. – powiedział John, stawiając przede mną szklaneczkę z trunkiem.
– Wiem do czego zmierzasz John, Czeskie służby weterynaryjne kontrolują niemal wszystkie nasze produkty spożywcze, ale sami Czesi chętnie je kupują, bo są lepsze od ich rodzimych . Problem w tym, John, że żywy karp nie jest żywnością. Nie ma żadnych uregulowań prawnych mogących powstrzymać ten proceder. Owszem są zalecenia, ale żadne z nich nie ma mocy prawnej. Karpie, jeśli nie wykazują objawów chorobowych mogą wjeżdżać do Polski bez przeszkód .
– Czym różni się czeski karp od naszego?
– Widziałeś John stawy milickie?
– No to proponuję ci je odwiedzić. Tam zobaczysz jak żyje sobie polski karp, Pan Karp, a potem pojedź do Czech i zobacz w jakich kałużach są hodowane ich karpie. Ich karpie śmierdzą mułem i nawet sami Czesi twierdzą, że karp, którego nie czuć mułem nie jest godny zainteresowania.
– Co kraj to obyczaj.
– No to niech sobie jedzą te swoje śmierdzące, ale niech nie wciskają ich na nasz polski stół.
– Jeszcze jedno, kapitan. Powiadasz, że wieziesz żywe karpie. Czy to nie za wiele zachodu? Może lepiej dać sobie spokój ze sprzedażą żywego karpia?
– John, żywy karp na Święta to nasza i nie tylko nasza narodowa tradycja. Już na Dalekim Wschodzie uważanym za kolebkę gospodarki stawowej w Japonii i Chinach już 5000 lat p.n.e. stosowano masowy wychów ryb, w starożytnym Rzymie były tzw. pisciny czyli sadzawki, gdzie trzymano ryby na liczne biesiady. Pierwsze historyczne wzmianki o karpiu w stawach pochodzą z klasztorów Bawarii z X wieku oraz Czech i Moraw z XI wieku. W Polsce hodowlę karpia rozpowszechnili o.o. Cystersi budując staw hodowlany w Jędrzejowie w 1140 roku i w mogile pod Krakowem w 1218 roku. Na Dolnym i Górnym Śląsku koło Opola, Niemodlina, Milicza zakładali stawy karpiowe o.o. Templariusze i o.o. Benedyktyni. Również królowa Bona wybudowała w 1560 r. staw liczący 460 ha koło Knyszyna. Dziś nazywa się on stawem Zygmunta Augusta. Pan karp jest stary jak świat John.
– No dobra, kapitan, ale czy musi być on na Święta być sprzedawany żywy?
– Musi John. Jak ci już wspomniałem 80 % całej polskiej produkcji karpia trafia na nasz rynek krajowy w okresie przedświątecznym. Tu pojawiają się problemy związane ze wstępnym przetwarzaniem karpia i przetrzymywaniem w warunkach chłodniczych (0-2°C). Okres przechowywania mięsa karpia w warunkach chłodniczych wynosi 7 dni. W ciągu 1 godziny pracownik produkuje 10 – 35 kg fileta karpia, bo dominuje tu obróbka ręczna. Teoretycznie do przetworzenia w ciągu 1 tygodnia całości sprzedawanego karpia należy zatrudnić 2850 pracowników pracujących przez 7 dni po 8 godzin dziennie, co przy pracy na trzy zmiany potrzebne by było 950 stanowisk pracy spełniających wysokie wymagania sanitarne. Wniosek jest tylko jeden: to nierealne John.
– No, ale gdzie tu tzw. dobrostan karpia?
– Karp ma niebywałe możliwości adaptacyjne w sytuacjach niedoboru tlenu. 30 % tlenu atmosferycznego karp może pobrać przez skórę. Spokojnie możemy przenieść go do domu w zwykłej foliowej torbie nawet przez 2 godziny pod warunkiem, że torba będzie nie zawiązana, a karp utrzymywany w naturalnej dla niego pozycji czyli w pozycji pionowej. Nie ma uwarunkowań prawnych John przy sprzedaży bezpośredniej żywego karpia. Istnieją tylko zalecenia, ale o ile są one spełnione dobrostan karpia może być zachowany.
– Ponoć w Unii gadają o zakazie sprzedaży żywego karpia. Prawda to kapitanie?
– Nie wiem John, ale to by była katastrofa dla polskiego rybaczenia John. To byłby koniec polskich stawów, polskiej ryby, a na Boże Narodzenie serwowano by nam karpiowate badziewie z Chin. Chiny na to tylko czekają. Już teraz produkują 75 % całej światowej produkcji karpia.
– Boże uchowaj, kapitan. Polać jeszcze?
– Polewaj John, polewaj, ryba wszak lubi pływać. Ahoj!

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Polska koszem na śmiecie

28 lis

Salwadorski krajobraz

-Ahoj, kapitanie, a bywaj tu bywaj- od samego progu wała do mnie John.

- Ahoj, John. Od razu polewaj, bo mi jakoś tak w gębie gorzko, a i na sercu kamień jakby leżał.

- A skąd ta gorycz ci się wzięła?

- Od trucizny, John, od trucizny.

- Otruli cię?

- bez mała, John. Wracam z Gdyni, gdzie przyprowadziłem łajbę z 70 tonami śmieci z Salwadoru przez Atlantyk.

- A po co nam te śmieci?

- Nie mam zielonego pojęcia, John. Ich miejscem docelowym jest Dąbrowa Górnicza. Tam mają być ponoć spalone.

- Co to za śmieci?

 - Tego też dokładnie nie wiem. To coś jest zapakowane w beczkach. Powiadają, że to pestycydy, ale są i takie głosy, że to tzw. „czerwona woda”, która powstaje przy produkcji materiałów wybuchowych. Jest niesłychanie wysokotoksyczna. W Salwadorze leżało to, to już od 30 lat i nikt nie chciał tego wziąć.

- Polacy wzięli.

- Ano wzięli.

- Czyli, co? Salwadorczycy zrobili sobie wielkie przedświąteczne sprzątanie, a Polska stała się kubłem na śmiecie.

 - Na to wygląda, John.

- No, a ten kamień na sercu to skąd?

 - A bo jak płynąłem przez ten Atlantyk z zatrutymi beczkami, to przynajmniej myślałem sobie, że umilę tę podróż jakąś lekturą. Wiesz, że ostatnio bytuję w tekstach Hrabala i dość wysoko sobie cenię „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, czy też Np. „Święto przebiśniegu”, albo dajmy na to „Wesela w domu”. Ni jak jednak, nie mogłem rozgryźć „Rozpirzonego bębenka”. Widać Bohumil , jak to pisał musiał być kompletnie zachlany. Po trzeźwemu ta lektura jest po prostu niestrawna i dla mnie również niesmaczna. Być może, gdybym się zrównaj z poziomem upojenia z imć Panem Hrabalem, to czytanie poszłoby mi łatwiej. Nie mogłem jednak się zachlać, bo miałem na karku te przeklęte beczki, a i to nie wiem jednak czy byłbym w stanie mu wybaczyć obraźliwych słów względem Polek i Polaków, a tu ci zacytuję John słowa głównego bohatera, który w całej tek mikropowieści przechwala się swoją męskością, choć jest zwykłym Czechem w austriackim wojsku: „…a kiedy indziej i gdzie indziej także Polki, te są w każdej chwili gotowe się rozłożyć, było ich też najwięcej pośród dziwek …” , a jeszcze w innym miejscu oberlejtnant Kotyl woła „…a to lubię takie wojsko, a nie jak te Polaki, kurwy zasrane, posrane….”  A jak na Jezusa w tej książce Hraba najeżdża! Powiadam ci John, ten, kto to badziewie tłumaczył na polski uczynił z Polski taki sam kubeł śmieci jak te toksyny salwadorskie. Tyle tylko, że jedne ranią duszę, a inne środowisko.

- Wyrzuć tę książkę kapitanie do kosza i się napij. To najlepsze dla duszy lekarstwo.

 - Napić się napiję, ale książki nie wyrzucę, bo nie moja tylko z biblioteki.

- A propos Czechów. Ponoć gustują oni w wielkich śmierdzących mułem karpiach.

 - Prawda John, oni żreją tłuste karpie ważące przynajmniej 2,5  kg i hoduję je 4 lata. W Polsce hoduje się karpia 3 lata i raczej lubimy te mniejsze coś około 1,5  kg.

- Oczywiście zapraszam cię kapitanie na wigilię do tawerny. Karpie już czekają w magazynowym stawie i się oczyszczają z mułu, co by nie śmierdziały nam na naszym stole, jak tym Czechom.

 - Ahoj John.

- Ahoj, kapitan.     

 

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czas honoru

31 paź

Zachód s?o?ca w Afryce

- Powiadam ci John, że ostatnimi czasy polubiłem pracę „za darmo”.

- No, co ty, kapitan, frajer jesteś?

- Raczej woluntariusz, tak to się dziś nazywa.

- Racja, frajerzy sprzedają jabłka.

- Co?

- A nic, nic, tak mi się jakoś wyrwało. No, ale co z tą pracą za frajer?

- Mówiłem ci John, że mojego przyjaciela wyrzucono za burtę, tylko, że jak go wyrzucali, to nie pomyśleli, że jego robotę trzeba jednak wykonać. Poprosili, więc mnie żebym się zajął tym jego okrętem w tzw. międzyczasie. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że nie wezmę za to żadnych pieniędzy.

- Kiedyś to się nazywało „czynami społecznymi”. Ponoć były nawet obowiązkowe.

- John, jeśli mój kumpel stracił kasę, to ja tej kasy nie mogę podjąć. To nie jest czyn społeczny, chociaż ma taki charakter, ale to raczej honor, John.

- Sorry, kapitan. Dziś każdy ma swój „Czas honoru”.

 - Nie każdy. Są tacy, co go nie mają. Polej John, bo mnie okrutnie suszy.

 - Właśnie widzę, spalonym na heban jesteś, kapitan.

 - A, Bi widzisz drogi Johnie, tak mi się ta praca „za darmo” spodobała, że przyjąłem zaproszenie pewnej siostry zakonnej i pojechałem do Afryki. Ona tam, w Etiopii jest misjonarką, a mnie zaoferowała pracę, jako woluntariusz przy koniach. Bo tam w tej Etiopii prawie nie ma dróg i trzeba albo dobrze biegać, albo dobrze jeździć konno, a wiesz przecież, jak ja bardzo lubię konie.

 - No, a nie boisz się eboli?

 - Nie, w Etiopii nie ma eboli.

- Bo ja bym się bał. Tutaj powiadają, że jak ktoś pójdzie do lekarza i powie, że ma objawy podobne do eboli, to lekarze uciekną.

- Co?

-A nic, nic, tak mi się jakoś wyrwało.

- Tam w Etiopii John, wszystko wygląda inaczej. Powiem ci z własnego podwórka, że tam nawet podejście do konia jest inne. Tu, jak się podchodzi do konia, to się go pyta o paszport, a tam nikogo nie obchodzi jego pochodzenie. Tam się po prostu podchodzi do konia, klepie się go po szyi i mówi: „dobrze, że jesteś”. Życie tam jest zupełnie inne. Wieści ze świata prawie tam nie docierają. Ludzie mają zupełnie inne problemy. Oni tam na przykład, nie wiedzą gdzie leży taka Ukraina i co to w ogóle jest ta Ukraina, tym bardziej nie mają zielonego pojęcia, co się tam dzieje.

 - A wiesz kapitan, że ponoć chcieli ją rozebrać

 - Co?

- A nic, nic, tak mi się jakoś wyrwało.

- Coś ci się za dużo wyrywa John. Lepiej się napij, a i mnie jeszcze polej, bo a nuż siedzi we mnie jakiś wirus.

 - No to zdrowie kapitan, Na pohybel eboli!

- Zdrowie John. Na pohybel różnym bzdurom, które się nam wyrywają.

- Zdrowie!

- Ile płacę!

- Nic, od woluntariuszy nie biorę. To jest mój czas honoru.

- Ahoj, John.  

 

 

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Noc Bogów

28 wrz

Nocna kawiarnia

Niedługo minie rok, jak zmuszony byłem do opuszczenia na zawsze pokładu „Minerwy”. Nie mogąc znieść widoku i rżenia koni w jej ładowni wybrałem się na nową przygodę na wodach Morza Południowochińskiego i Żółtego na wyczarterowanym okręcie „Dragon”, ale i to nie trwało długo. Wyleciałem za burtę i z żółtej brei wyciągnął mnie przyjaciel, który był kapitanem „Króla Artura”. Nie chciałem jednak długo nadużywać jego gościny na jego statku i skorzystałem z okazji zaokrętowania się na barkę „Otton III”. Teraz pływam wstęgą Odry wiodąc skromne niemal ascetyczne życie, jak zresztą przystoi mając za patrona takiego władcę. Nie ma szaleństw, nie ma sztormów i wichrów zalewających pokład, po obu moich stronach widzę dwa brzegi a i horyzont nie jest tak bezkresny jak na morzu. Tylko do domu, jak zawsze od dziesiątków już lat -  zawsze daleko.  I tylko przyzwyczajenia wciąż te same; bo ja muszę czasem coś napisać, namalować, wsadzić w ziemię, przeczytać i pobiec…..do tawerny „Pod Wrakiem”. Zresztą wiele z tych rzeczy da się zrobić w samej tawernie. To właśnie w niej często powstają przy rozjaśniającym jasnym pełnym nowe teksty, obrazy i tu często się zdarza, że czytam z łatwością pokonując niezbyt wygórowaną w naszym kraju średnią czytelniczą. Siedzę więc zatem sobie w tej mojej tawernie zawsze przy oknie, zawsze w słońcu, bo ja jak Bohumil Hrabal uwielbiam słońce, które przynosi mi światło ciepło i natchnienie i czytam. 

 - Co tam tak czytasz, kapitanie ? – odezwał się John, który od dłuższego czasu przyglądał mi się badawczo wycierając ściereczką kufle do połysku.

 - Ano Johnie, bardzo aktualną sztukę pod tytułem „Noc Bogów’ niejakiego Miro Gavran`a . Ten Chorwat traktuje w niej o czasach Ludwika XIV, ale czyta się tak, jakbym czytał sprawozdanie z dzisiejszych realiów stosunków społecznych, a zwłaszcza współczesnych metod sprawowania władzy. Bohaterem jest Molier, który w swych tragikomediach bezpardonowo przedstawiał życie dworu królewskiego z samym królem „Słońce” na czele. No i właśnie w pewnej swej sztuce teatralnej przesadził opisując skandaliczne zachowanie się władcy względem pewnej młodej aktorki z trupy aktorskiej Moliera. Sam Molier obawiał się o własne życie, gdy sztuka uzyskała rozgłos i stała się powodem do drwin z króla. Król jednak oficjalnie darował mu życie zapewniając nawet o swej przyjaźni, ale cichaczem polecił zlikwidować Moliera. No i Molier został otruty. Padł na deskach teatralnej sceny grając, o ironio, sztukę pt: „Chory z urojenia”.

 - Kapitanie, znam kilku takich współczesnych „Molierów”.

 - Ja też John, i nawet znam kilku takich „Ludwików XIV – tych”.

 - Z tą tylko różnicą kapitanie, że dzisiaj ludzi niewygodnych się nie truje, ich się po prostu wyrzuca za burtę.

 - Święta racja. John, koniec czytania. Przynieś piwa dzban, bo jak mawia mój przyjaciel „picie to jest życie”, zresztą jego również wyrzucili za burtę.

 - Miałeś szczęście kapitanie z tą barką. Pewnie byś wyleciał razem z nim.

 - Pewnie tak, no, co z tym dzbanem?

 - Od kiedy to pijesz kapitan, na dzbany?

 - Od wtedy, kiedy czytam Hrabala.

 - Nie dorównasz mu kapitanie.

 - Wiem, ale zawsze warto spróbować, John.      

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Bez kategorii