RSS
 

Upadek imperium

19 cze

Rawenna

- Kapitanie, jakie morze cię przywiało do tawerny?

 

- Adriatyk, John.

 

- Długo tam pływałeś .Prawie dwa miechy cię tu nie było.

 

 - zasiedziałem się w Rawennie.

 

 - W Rawennie?

 

 - Tak John, to ostatnia stolica wielkiego imperium rzymskiego. Chciałem się do dowiedzieć dlaczego upadło?

 

 - Ponoć wykończyła ich ołowica. Nagminnie używali ołowianych i cynowych naczyń.

 

 - Rzeczywiście niektórym wodzom i cesarzom na mózg padło od tego ołowiu, ale to nie jest główną przyczyną.

 

 - to może to, że faceci nadmiernie korzystali z term. Nie sprzyjało to przyrostowi naturalnemu.

 

 - Częste mycie skraca życie, a codzienne przebywanie Rzymian w łaźni parowej nawet go nie daje. Jaja, choć parzyste, to jednaj sparowane, ale to też nie ta przyczyna, John. 

 

 - No to może pewne rozluźnienie dyscypliny, upadek dobrych obyczajów, ogólne rozprężenie….

 

 - No jesteś blisko, John. To z pewnością dobiło wielkie imperium, ale jest jeszcze coś.

 

 - Już wiem, kapitan. Powiedziałeś Rawenna. Otóż moim zdaniem zbyt późno przeniesiono stolicę imperium z Mediolanu do Rawenny. Wielka potęga Rzymu mogła się utrzymać tylko wtedy gdy panowałaby na morzu, a tak wielki Rzym zdechł pod płotem zmyty przez fale Adriatyku.

 

 - Kto ma morze, wszystko może, albo, kto ma morze ten ma władzę.

 

 - Coś w tym rodzaju, pouczające, nie…      Powiedziałeś kapitan, że jestem blisko, więc co  było tą dosadną przyczyną?     

 

 - Wielki napływ imigrantów, John.

 

 - Wielkie nieba, kapitan…co ty…

 

 - Tak John. Hunowie napadli na Bałkany. Ludzie zaczęli uciekać na tereny cesarstwa, przez granice imperium, które stały się nieszczelne. To byli Goci. Było ich tak wielu, że stała się niemożliwa wszelka asymilacja z nowym środowiskiem i społecznością. Rzymianie odnosili się do nich z pogardą. Niebawem Goci zaczęli wzniecać różnorakie zamieszki, a nawet powstania zbrojne ,aż w końcu w 410 roku im się udało.  Dawna cesarska rezydencja czyli Rzym został obrócony w perzynę.

 

 - Pouczająca historia, kapitan.

 

 - Jasne, ale tego na historii w szkole nie uczą, rozumiesz John…poprawność polityczna. Ale gwoździem do trumny było jeszcze coś innego. Rzymianie przyznawali obywatelstwo niemal każdemu, kto o nie poprosił, pozwalali obcokrajowcom robić kariery zawodowe nawet we własnej armii.  To waśnie żołnierze wcieleni do wojska z podbitych ziem, kiedy Orestes – ostatni cesarz, obiecał im ziemię i tej obietnicy nie dotrzymał najnormalniej w świecie wybrali sobie nowego wodza, a samego Orestesa  po prostu zabili.

 

 - I tak barbarzyńcy obalili cywilizowany kraj. Straszne…

 

 - ale prawdziwe, John. Naprawdę pouczająca historia.

 

 - Tylko, że nas pouczają politycy, a nie historia, których kart nikt nie chce słuchać.

 

 - A historia lubi się powtarzać.

 

 - I często się powtarza.

 

 - Polej John, póki wolno nam się jeszcze napić w tym kraju.

 

- Się robi, kapitan.         

 

 

 

 

 

 

 

                       

 

 

 

 

 

             

 

 

 

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszyscy jesteśmy emigrantami

29 mar

galion 1

Jakoś przezimowałem. Czuję wiosnę w kościach. Pora zacząć się ruszać. Chyba zacznę od odwiedzin Johna. Dawno mnie tam nie było. W „Tawernie Pod Wrakiem” znalazłem sporą grupę mówiącą po ukraińsku. Kobiety mężczyźni i dzieci. Wszędzie, na ławach, na podłodze a nawet na stołach pełno było ich tobołków, toreb, waliz i różnego rodzaju zawiniątek. Wśród nich zauważyłem starego Johna, który uwijał się serwując im makaron spaghetti z sosem pomidorowym. Zauważyłem, że nie kasował pieniędzy. Dziwne i nie spotykane u Johna. John zauważył mnie dopiero wtedy, gdy odnosił brudne talerze.

 

- A powitać szanownego kapitana w mych skromnych progach.

 

- Witaj, John. Co to za jedni? – spytałem skinąwszy głową na to dość egzotyczne towarzystwo.

 

 - Emigranci. To Ukraińcy, ale większość ma polskie korzenie. Są w drodze do obozu dla uchodźców.

 

 - Dajesz im makaron za darmo?

 

- Nie zupełnie. Rachunek mam przedstawić w Urzędzie Gminy.

 

- Jakieś 70 lat temu John, moi przodkowie jechali w bydlęcych wagonach ze Wschodu na Zachód, być może nawet z tych samych stron, co oni.

 

- Nie wiedziałem.

 

- Bo nie pytałeś Moi dziadkowie i babcie, a co za tym idzie i moi rodzice są uchodźcami. Pochodzą z małej wioski Łukowiec leżącej pod Lwowem. Kiedyś była tam Polska, potem CCCR, a teraz jest Ukraina..

 

- No właśnie kapitanie. Ciekawe, skąd się tam na Wschodzie wzięło takie nazwisko, jak Twoje?

 

 - Nie wiem John. Sam się nad tym zastanawiałem i kiedyś nawet dostałem taki list z Uniwersytetu Wrocławskiego z zapytaniem o moje pochodzenie i ewentualnie moje tzw. drzewo genealogiczne. Robili, bowiem, jakieś tam badania nad genezą polskich nazwisk.

 

 - I co? Doszli do czegoś.

 

 - Nie określili tego dość jasno, John, ale stwierdzili, że najprawdopodobniej wywodzimy się z rodu Wikingów.

 

 - Wielkie nieba, kapitan Wikingiem….

 

 - Już w dzieciństwie moi koledzy przezywali mnie  Batory, bo tak fonetycznie pasowało..

 

 - Ponoć Stefan Batory też był Wikingiem.

 

- A zatem w królu polskim też płynęła krew imigranta.

 

- Raczej najeźdźcy.

 

-.. Który jednak się zasymilował ze Słowianami.

 

- No, właśnie zasymilował. Przyjęli wiarę naszych ojców, nasze obyczaje, naszą kulturę i tylko ślad w postaci dziwnych nazwisk zupełnie niesłowiańskich po nich dziś pozostał.

 

- A wiesz co, John? Powiem ci, że ja już w szkolnej ławie siedziałem z uchodźcą. Był Grekiem. Nazywał się Chrisstotomos Charitos. Dla nas był Tomkiem. Jego rodzina musiała uchodzić ze swojej ojczystej ziemi po przymusowym wysiedleniu całej wioski. Za lewicowe poglądy rodziców Tomka groził im obóz koncentracyjny. Nie było wyjścia, musieli uciekać. Polska w tym czasie otworzyła granice dla wszystkich Greków. emigrujących w wyniku prześladowań. Tomek urodził się w obozie przejściowym dla uchodźców w Świnoujściu. Doskonale mówił po polsku, ale w jego domu rozmawiano wyłącznie po grecku. W szkole podstawowej siedziałem z nim w jednej ławce. Zaliczałem go w poczet moich najlepszych kolegów i przyjaciół. Pamiętam, jak dzielił się ze mną po kryjomu pod ławką z przyniesionymi z domu oliwkami i pomarańczami, w tych czasach niemal niemożliwych do zdobycia w PRL. Kiedy w Grecji przestała panować junta pułkowników i do rządu weszła demokratyczna partia  „Nea Dimocratia” z Karamanlisem na czele rodzina Tomka powróciła do swojej ukochanej ojczyzny. Pasją Tomka były samoloty. Potrafił rozpoznać każdy model samolotu przelatujący nad nami. Jego marzeniem było zostać w przyszłości pilotem.

 

 - A wiesz co, kapitan? Ja też mam przyjaciela uchodźcę.

 

 - Twoi przyjaciele John są moimi przyjaciółmi.

 

 - Poczekaj, poczekaj. Ten mój jest islamistą. Pochodzi z Iranu, ale twierdzi, że nie jest Irańczykiem, lecz Persem. Dzisiejsi obywatele Iranu to w głównej mierze potomkowie ludu, który najechał i okupował Persję. Dalej tak uważa, że Iran to terytorium okupowanej Persji.

 

 - Podobna historia, jak Indianie w Ameryce, czy Aborygeni w Australii

 

 - Tak, tylko że dziś prawdziwych Persów już nie ma. Wyginęli albo rozproszyli się po świecie, jak mój przyjaciel właśnie.

 

 - Tak, jak Cyganie. Dziś prawdziwych Cyganów też nie ma.

 

 - Tyle, że Cyganie wędrują po świecie po świecie ze swojej własnej woli. Mój przyjaciel musiał uciekać z Iranu, bo Chomejni powołał go do wojska i przydzielił do plutonu egzekucyjnego. Uciekł z wojska i za to zaocznie nadano mu wyrok śmierci. Uciekł do Polski, bo wtedy nasz socjalistyczny kraj był dość szczelną ochroną przed islamskimi ekstremistami, którzy wierzą, że  zabicie mego przyjaciela przyniesie im chwałę w Niebie. Nawet dziś, choć anulowano mu wyrok śmierci, nie wiem czy mogę zdradzić jego imię. Mieszka w Polsce. Ożenił się  z Polką. Mają piątkę dzieci. On chodzi w niedzielę do meczetu, a żona i dzieci do kościoła. On o 12-tej  modli się na dywaniku zwrócony twarzą w stronę Mekki, a ona na tym samym dywaniku odmawia Anioł Pański zwrócona w stronę Częstochowy.

 

- Wszystko można pogodzić tam, gdzie panuje miłość i tolerancja. Chociaż mnie z trudem przychodzi pogodzić się z pewnym epizodem w mojej przeszłości związanym z uchodźcami.

 

- zamieniam się w słuch, kapitan.

 

- Po ukończeniu Akademii Morskiej  w Szczecinie chciałem nabrać jakiegoś doświadczenia i włóczyłem się po Europie mustrując się z jednej łajby na drugą i pewnego razu los rzucił mnie do brzegów Estonii. Estonia wtedy gniła w marazmie komunizmu. Pamiętam, jak siedząc sobie w tawernie w Tallinie niemal napastowała mnie grupa kilkudziesięciu Estończyków, którzy kupili jakiś stary okręt i chcieli nim uciec najpierw do Szwecji, a potem do Ameryki.  Jak to się mówi, byłem młody i głupi. Pochlebiało mi to, że zwracali się do mnie per kapitan. Ci wszyscy ludzie byli zdeterminowani, pamiętam matkę z trzymiesięcznym dzieckiem na ręku, śliczną czarnowłosą dziewczynką. Błagała mnie ze łzami w oczach, bym się zgodził przeprowadzić statek przez ocean ratując ją samą dziecko i męża przed zsyłką do łagrów syberyjskich, bo muszę ci powiedzieć John, że miałem do czynienia z elitą dysydentów estońskich uważających Rosjan za okupantów. Jakież to było dla mnie znajome. No, i jak tu nie pomóc było nie było braciom w niedoli, takiej samej, a może jeszcze gorszej aniżeli tej naszej, polskiej. Statek był w kiepskim stanie. Poszycie prawie przegniłe. Zaopatrzenie w prowiant marne. Z przyrządów nawigacyjnych miałem jedynie sekstant, kompas, zegarek i kiepskie mapy. Całe szczęście, że nawigacja w Akademii Morskiej stała na wysokim poziomie. Przez pierwsze dni było nawet nieźle. Zrobiłem cztery i pół tysiąca mil bez większych problemów. Jednak potem zaczęło się piekło. Jakieś półtora tysiąca mil na południowy zachód od Florydy na horyzoncie zobaczyłem czarne chmury. Powiało wiatrem nieprzyjemnym, który w krótkim czasie zamienił się w prawdziwą wichurę. Wysiadła radiostacja, a więc nici z ewentualnego S.O.S. Nie miałem barometru, ale i bez niego wiedziałem, co mnie czeka. Uderzenia fal nadwyrężyły burty okrętu i rozluźniły deski poszycia. Żaglowiec zaczął przeciekać. Woda wdzierała się z dołu i góry, bo lało niemiłosiernie. Kazałem zamknąć wszystkie włazy i luki. Pompy nastawione na „ful” nie dawały rady. Mężczyźni wylewali wodę wiadrami podając je sobie z rak do rąk. Kobiety wylewały wodę garnkami i patelniami. Pomieszczenie, w którym znajdował się silnik do połowy było zalane wodą. Silnik o dziwo pracował, ale rozgrzany emitował niezliczone ilości pary. Tu mężczyźni również wylewali wodę. Kobiety i mężczyźni swoim odzieniem, a jeśli i to nie pomagało, to własnymi ciałami zasłaniali szczeliny przez które sączyła się woda.   Z przerdzewiałych, nieszczelnych  zbiorników  z wodą słodką pozyskiwano wodę zmieszaną z wodą morską i fekaliami. Ludzie, a zwłaszcza dzieci zaczęli chorować, głównie na dyzenterię. Przed kingstonem, podobnym do wiejskiego wychodka w gospodarstwie mojego dziadka, powiadam ci John, brakowało tylko tego wyciętego w deskach serduszka, nieustannie stała kolejka. Pod pokładem panował zaduch, smród nie pranych pieluch,  potu, wymiocin i ekskrementów. Był nie do zniesienia. Po czterech dniach walki z żywiołem ludzie słaniali się z wycieńczenia, ale nadzieja na ocalenie nigdy ich nie opuściła, a dnia piątego zajaśniała całą swoją mocą. Morze się uspokoiło. Otwarto wszystkie luki i włazy. Zaczęliśmy uszczelniać wszystkie szczeliny pakułami i smołą. Statek nadal przeciekał, ale pompy dawały już radę. Okręt wysechł na tyle, że ludzie a zwłaszcza dzieci wracały powoli do zdrowia. Nie mniej jednak straciłem kilku ludzi wśród pasażerów. Co najmniej dwóch fale zmyły z pokładu za burtę, reszta zmarła z wycieńczenia i biegunki. Niestety zmarła też i ta czarnowłosa dziewczynka, której matka tak mnie błagała o zgodę na ten rejs. Dziś, John z perspektywy czasu uważam to za cud, ale pomimo to wciąż mam ten obraz rozpaczającej matki pochylonej nad martwą czarnowłosą trzymiesięczną córeczką. Po kilku następnych dniach dowlekliśmy się do portu w Jackonville i tam okręt zatonął. Ocalało 54 Estończyków, którzy po kilkumiesięcznej kwarantannie rozjechali się po całych stanach Zjednoczonych, a niektórzy z nich trafili nawet do Kanady.

 

 - Nie lada wyczyn, kapitan. Jesteś bohaterem.

 

- Ja się tak nie czuję, John. Wolałbym po stokroć tonąć podczas sztormu, aniżeli patrzeć przez kilka dni na zwłoki kilkumiesięcznej dziewczynki i na zrozpaczoną matkę.                

 

- No, ale my tu gadu, gadu, a piwo się grzeje.

 

 - Oj tak, Jon. Polewaj bo zaraz muszę  już iść. Mam umówioną wizytę u fryzjera.

 

- U tej Ukrainki.

 

 - Skąd wiesz?

 

- Też tam chodzę.

 

- Biedna, musiała zostawić wszystko i uciekać przed wojną razem z dziećmi. Mąż zginął na froncie.

 

 - Ale strzyże dobrze, no i jest ładna.

 

 - Aż kusi by poflirtować, dlatego chodzę do niej razem z żoną, by nie kusiło. Swietłana wtedy w promocji strzyże mnie za darmo kasuje jedynie żonę.

 

 - No popatrz kapitan, jak to koło się zamyka. Płynie w tobie krew Wikingów, twoje korzenie pochodzą z ukraińskiej ziemi, która kiedyś była Polską, a teraz idziesz do fryzjerki, która być może pochodzi z tych samych okolic, co twoi rodzice.

 

 - bo my wszyscy jesteśmy uchodźcami John.

 

- No właśnie. Zapomniałem, że ty sam włóczyłeś się po świecie za chlebem.

 

 - Bogu dzięki, że osiadłem w końcu na mej ojczystej dolnośląskiej ziemi.

 

- Zaiste, wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.  

 

- Ahoj, John!

 

- Ahoj, kapitan!       

 

                                      

 

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Świnia czy Świna?

15 lis

DSC_0720

- Ach kapitan! Dobrze, że jesteś. Wczoraj, jak łowiłeś ryby na Baryczy, to my tu wszyscy toczyliśmy intensywny dyskurs na temat, skąd się wzięła nazwa Świnoujście. Ty, kapitan, jako stary bywalec tychże stron chyba coś wiesz w tej sprawie?

  – Miły Johnie! W tym mieście uchodzi po prostu rzeka Świna i z stąd ta nazwa miasta.

 - A ja żem sobie dumał, że t tego miasta świnie uchodzą.

  – W tym właśnie problem, że nie uchodzą. Świnie i to często dzikie tam są. No dobra, jak chcesz to ci opowiem skąd nazwa się bierze. Jak wiesz, John przez dziesięć lat mieszkałem i pracowałem w Międzyzdrojach. Miastem graniczącym ze Świnoujściem. Ta nazwa – Świnoujście, nigdy nie dawała mi spokoju. Skąd się wzięła? Czy rzeczywiście tędy uchodziły jakieś świnie, a jeśli tak, to gdzie? Problem ze świniami miasto Świnoujście ma zresztą do dziś, podobnie jak i Międzyzdroje. Tyle tylko, że to są dzikie świnie i nigdzie nie uchodzą tylko podchodzą do ludzi. Nauczyły się bowiem, że turyści zawsze mają coś dla nich do jedzenia i to pomimo często spotykanych tablic z napisem: „Nie karmić dzików”. Zdarzało się też niestety, że niejeden turysta został poturbowany przez owe dzikie stworzenia. Prawdopodobnie nieszczęśnik albo nie miał nic do jedzenia, albo nie chciał się z „braćmi mniejszymi” podzielić. No i jak tu nie karmić.
Władze miasta zorganizowały więc specjalną akcję i sami dokarmiali te zwierzęta. Pasza jednak była zatruta. Nie tak, aby zwierzęta padały jak muchy, ale tak aby się zaśliniły jak czasami śliniak z „Rodziny zastępczej” i popłakały jak bobry. Nie bardzo to jednak skuteczne lekarstwo. Dziki grasują nadal. Widocznie prawdą jest to, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do trucizny też.
Być może zapłakane dziki to dalecy potomkowie świń, które mieszkały tu w XVIII wieku i wywołały prawdziwą czterdziestoletnią „świńską wojnę”. Ubodzy chłopi hodowali tu świnie w sposób wybitnie wolno – stanowiskowy, a nawet wolno – wybiegowy. Świnie wybiegały bowiem tam gdzie chciały, a chciały najczęściej do lasów książęcych i borów królewskich, na co książęta pomorscy i król Prusiech nie mogli się zgodzić. W obronie nadmorskich plantów w 1763 roku Ehbers, nadzorca budowy portu, zażądał ustanowienia pastucha, który opiekowałby się hordami. Kilka lat później nakazano niepokorne zwierzęta odstrzeliwać. Kłopot rozwiązał się na początku XIX wieku, kiedy to przemyt, który rozkwitł w porcie w okresie wojen napoleońskich, stał się zajęciem o wiele bardziej lukratywnym niż hodowla świń i rybołówstwo nawet razem wzięte, czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Od 1824 roku ambicją Świnoujścia stało się uzyskanie statusu nadmorskiego kurortu i świnie odeszły w niepamięć, bo już wtedy politycy wyznawali zasadę, że jak się chce jakiegoś problemu pozbyć, to należy udawać, że go nie ma, albo czym prędzej zastąpić go innym.
Ja tam mam swoją teorię. Kiedyś rzeka Świna nazywała się po prostu Świnia. Nikomu to nie przeszkadzało, ale kiedy zaczęli przyjeżdżać turyści to zrobiło się trochę głupio, bo nikt nie chciał wypoczywać nad Świnią albo mieszkać nad Świnią, że o pływaniu w Świni nie wspomnę, nawet jeśli jest ona przez wielkie Ś. Przerobiono więc nazwę na Świna.

  – Pewnie zaschło ci już w gardle od tego gadania, może wina?

  – Byczą krew poproszę.

– Dalej nie jesz mięsa, kapitan?

– Nie dlatego namiastką jest bycza krew.

- Za te opowieść masz całą butelkę z rabatem.

  – Jakim?

– Toaleta i szatnia za darmo.

– O ty swinio!

– Żartuję kapitan.

– Ja też, twoje zdrowie John!Ahoj!

  – Ahoj, kapitan.

 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Imigranci

25 paź

imigrantka-Ahoj kapitanie! Powitać bywalca bagien i mokradeł Doliny Baryczy. Co słych-ować u waćpana?

- A witam starego Johna, najlepszego warzy-piwowara na świecie. Polej mi John czerwonego wina grzanego, bom zmarzł okrutnie nad wodą imigrantów wypatrując.

- To i ciebie kapitanie wciągnęli w to zjawisko?

- Taka praca John.

- Widziałeś jakiegoś imigranta.

- Pełno John. Całe tabuny. Siła ich John.

- Nie tabuny, lecz tabory może?

- To nie Cyganie John, choć podobni. Przybywają do nas z Afryki i Azji.

- To wiem kapitan, ale co ty dokładnie z nimi robisz?

- Nic specjalnego, śledzę i badam czyli monitoruję.

- Co monitorujesz?

- Czy jakiejś zarazy nie przynoszą.

- To ty kapitan nie szukasz współczucia, zrozumienia czy choćby ludzkiej solidarności tylko zarazy w nich? Zaczynam się kapitan wstydzić za ciebie.

- To między innymi dla twojego dobra John.

- Nie chcę takiego dobra kapitanie. No, ale dobra, powiedzmy, że znajdziesz u nich tę zarazę. To co wtedy zrobisz.

- Nie ode mnie to zależy, ale od „góry”. Prawdopodobnie jednak uśmiercimy i zutylizujemy.

- Co?

- To najwłaściwsze i jedynie słuszne postępowanie, John.

- Powiedz mi chociaż kapitanie, co to za zaraza u tych imigrantów.

- Influenza.

- A z czym się to je?

- To rodzaj grypy John.

Wielkie nieba kapitan! Z powodu grypy chcecie ludzi uśmiercać?

- Jakich ludzi John, co ci chodzi po tej starej głowie? Ja o ptakach mówię.

- O ptakach?

- Tak o ptakach. Przylatują z Afryki ze Wschodu i to nawet tego Dalekiego i mogą przywlec ptasią grypę, która może być groźna między innymi dla ciebie John.

- A ja myślałem, że…

- No właśnie John. Wydałeś osąd zanim poznałeś temat. Twoje niezrozumienie sprowadziło cię do myślenia o mnie w kategorii mordercy. Sam teraz widzisz, jak bardzo to było niesprawiedliwe.

- Wybacz kapitan. Masz u mnie cała flaszkę za darmo dzisiaj.

- Dobra John. Wypiję za właściwe wybory.

- A prawda, ja już głosowałem. Dałem swój głos na…

- Cicho John, cisza wyborcza przecież.

- Twoje zdrowie John.

- Twoje zdrowie Kapitan. Ahoj!

- Ahoj!

 

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdzie jest złoto?

26 wrz

złoto ziemi

Nastały na naszą ziemię ostatnimi czasy takie niesamowite upały, że ino patrzeć, jak stepowieje nasz krajobraz ojczysty. Rodzima szata roślinna zamiera, a niektórym to palma już zaczyna odbijać. Wszystkich ogarnęła prawdziwa gorączka złota. Złoty blask oślepia ludzi nie tylko w postaci słonecznych promieni, ale ostatnimi czasy również w formie niesamowitych opowieści o tym, co jest pod ziemią, pod moją ukochaną dolnośląską ziemią. Nawet w tawernie „Pod Wrakiem” miast snuć morskie opowieści wszyscy gorączkowo bredzą o złotym pociągu, tunelach zasypanych i wielkim mieście pod ziemią.

 - Powiadam ci John, wiercą, kopią, świdrują georadarują .

 - Co znowu bieda-szyby wróciły do łask?

  – Coś w tym rodzaju, tyle tylko że tym razem to nie węgla szukają, a złota.

- Kiedyś mnie uczono, że węgiel to czarne złoto Polski.

- Dziś już nie. Ceny węgla spadają na łeb. Dziś Polska nie węglem, a złotem stoi.

- Słyszałem nawet, że jeden Polak chciał złotem zapłacić za taksówkę w Chinach.

– Nie złotem, a złotym medalem.

- A co to za różnica?

– Ano taka, John, że to był medal z mistrzostw świata.

– Prawdziwa polska fantazja.

– Tym bardziej, że poparta okowitą.

 - A właśnie, co dziś pijemy, Kapitanie?

- Wiesz, że piję tylko wino.

- Mam dziś Chianti Classico prosto z Toskanii.

 - To też prawdziwe złoto Toskanii.

 - Bo złoto kapitanie, jest wszędzie tam, gdzie jest miłość i przywiązanie do ziemi. To ziemia za należyte traktowanie złotem ludziom odpłaca. Aby być bogatym, nie trzeba szukać zrabowanych skarbów pod ziemią, wystarczy żyć na ziemi i z ziemi, na której się żyje. Dla Zamku Książ prawdziwą żyłą złota jest fala turystów i dziennikarzy, którą dziś napędza bajka o złotym pociągu, a w maju Święto Kwiatów,  dla Toskanii tym złotem są winnice, a dla mnie ta tawerna, bez której pewnie nie mógłbym żyć…

- Ja też nie.

  – I to wcale nie dlatego, że tawerna przynosi mi jakiś dochód, bo bywa i tak, że wcale go nie przynosi, ale przede wszystkim dlatego, że tu przychodzą ludzie, którzy są solą tej ziemi, tak jak ty kapitan. Ja nie wiem, co jest na 65 kilometrze kolejowego szlaku, ale wiem, co jest na moim 65 roku życia i powiadam ci kapitan, że to, co tam znajduję jest prawdziwym złotem i czyni mnie bogatym.

- Święte słowa John. Nalej mi jeszcze tego Chianti Classico i czymogę zapłacić medalem?

  – Złotym?

- Nie, ale maratońskim.

– Schowaj ten medal, kapitan. Te medale to twoje złoto. Mnie zapłacisz dudkami, jak je będziesz miał.

– Ahoj, zatemJohn.

– Ahoj, kapitan.

 

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiana barw

25 sie

Zamek willa w parku bukowymDługo mnie nie było w ” Tawernie pod Wrakiem”. Sprawy związane ze zmianą bandery okazały się tak absorbujące, że nie znalazłem ani jednej chwili, by odwiedzić starego Johna. Czas to naprawić! Idę na wino. John pewnie myśli, że znowu porwali mnie  kosmici. Tym razem sam się porwałem na wielkie stawy i bagna Doliny Baryczy. Śmieją się niektórzy, że zamieniłem barkę na kajak i zamiast pływać, to brodzę. Miał rację Andrzej – mój znajomy i stary wilk morski, że stałem się kapitanem żeglugi szuwarowo – bagiennej. Odnalazłem jednak w tej krainie ciszę i spokój i jestem jeszcze bliżej natury.

- Witaj kapitanie! -  Zawołał John na powitanie – Jużeśmy wszyscy tu myśleli żeś bracie przepadł w odmętach morskich głębin.

 - nie bój, John. Ja choćbym i przepadł w głębinie losowych zdarzeń, to zawsze gdzieś wypłynę, niczym „Latający Holender”. Barwy zmieniłem John.  Rzuciłem na dobre banderę Gryfa i do nóg padłszy najjaśniejszej księżnej Jadwigi Śląskiej o służbę we flocie, co pod godłem Św. Piotra pływa poprosiłem, a zgodę uzyskawszy, banderę ową na maszt kadłuba mego wywiesiłem. Blisko domu John.

 - Ale do morza daleko.

  – Dla mnie każda woda dobra.  Nie narzekam. 

 - piwa się napijesz?

 - Nie, John nie piję piwa. Chyba, że twojej produkcji. To, co oferuje dzisiejszy przemysł nie jest już piwem.

 - No. mojego niestety nie mam. Brdzie za jakieś parę tygodni. Sam wiesz, jak długo musi dojrzewać. Może Rumu?  

 - Rum jest dobry na okręcie, gdzie nie ma czasu na delektowanie się smakiem. Tu na lądzie trunkiem z wyboru jest wino, John. Daj mi dobre czerwone wytrawne wino.

  -  Sie robi, kapitan. Co do wina? Mam flaki, golonkę , wołowinę….

 - Nie jem mięsa John.

 - Co?

 - To, co robi dzisiejszy przemysł ….

- Nie jest już mięsem.

 - Właśnie, John.

– Widzę,  że nie tylko banderę zmieniłeś, upodobania również. Mam nadzieję, że biegać nie przestałeś. Aż się boję o to pytać.

 -  A właśnie John.  Szykuj dla mnie dużo makaronu i sosu pomidorowego. We wrześniu mój ostatni maraton.

 - Bój się Boga, kapitan nie będziesz biegał?

 - Nie John, będę chodził, albo jeździł na rowerze. 

 - Zamiast morza, nizinne wody, zamiast piwa i rumu, wino. Zamiast mięsa, ryby i makaron. zamiast biegania, marsz i pedały. Kapitan toż to totalna zmiana barw.

 - Ano tak właśnie jest John. Pora na zmiany. Żyć trzeba teraz wolniej, spokojniej i na luzie. Życie typu slow, John. Ahoj!

 - Ahoj, kapitan.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pan Karp

16 gru

Pan Karp

– Witaj John, wiesz ja chyba już ostatni raz w tym roku jestem u ciebie w „Tawernie Pod Wrakiem”. Jutro wyruszam w 10-dniowy rejs powrotny do domu.. Cała moja barka załadowana karpiami. 30 ton karpa z Pomorza Zachodniego trafi dzięki mnie na Dolny Śląsk. Stawy Milickie nie dają rady sprostać zapotrzebowaniom dla Wrocławian
– 30 ton? I to żywe?
– Tak, John żywe, jako żywo.
– W wodzie?
– Tak, Johnie.
– No to masz pływający staw.
– Owszem, bardzo niewielki, ale masz racje, to jest staw, a właściwie stawek.
– To się opłaca?
– Musi, John. To konieczność. To obrona przed czeską konkurencją. My, Polacy jesteśmy największym producentem karpia w Europie. Rocznie jesteśmy w stanie wyprodukować od 15 do 18 tyś ton karpia. 80 % tej produkcji trafia na nasz rynek w okresie przedświątecznym, 10 % eksportujemy do Niemiec, pozostałe 10 % zjadamy w ciągu roku. Polscy hodowcy są w stanie zaspokoić w 100% zapotrzebowanie Polaków na karpia na wigilijnym stole, a mimo to Czesi są w stanie wepchnąć nam te swoje przerośnięte ryby. We Wrocławiu co dziesiąty karp, to karp czeski. Ach, John, nagadałem ci o tych procentach, więc polej mi jakieś procenty, bo w gardle mi zaschło.
– No to trzeba im zrobić kontrolę weterynaryjną, tak jak oni robią nam i coś im z tego zakwestionować. – powiedział John, stawiając przede mną szklaneczkę z trunkiem.
– Wiem do czego zmierzasz John, Czeskie służby weterynaryjne kontrolują niemal wszystkie nasze produkty spożywcze, ale sami Czesi chętnie je kupują, bo są lepsze od ich rodzimych . Problem w tym, John, że żywy karp nie jest żywnością. Nie ma żadnych uregulowań prawnych mogących powstrzymać ten proceder. Owszem są zalecenia, ale żadne z nich nie ma mocy prawnej. Karpie, jeśli nie wykazują objawów chorobowych mogą wjeżdżać do Polski bez przeszkód .
– Czym różni się czeski karp od naszego?
– Widziałeś John stawy milickie?
– No to proponuję ci je odwiedzić. Tam zobaczysz jak żyje sobie polski karp, Pan Karp, a potem pojedź do Czech i zobacz w jakich kałużach są hodowane ich karpie. Ich karpie śmierdzą mułem i nawet sami Czesi twierdzą, że karp, którego nie czuć mułem nie jest godny zainteresowania.
– Co kraj to obyczaj.
– No to niech sobie jedzą te swoje śmierdzące, ale niech nie wciskają ich na nasz polski stół.
– Jeszcze jedno, kapitan. Powiadasz, że wieziesz żywe karpie. Czy to nie za wiele zachodu? Może lepiej dać sobie spokój ze sprzedażą żywego karpia?
– John, żywy karp na Święta to nasza i nie tylko nasza narodowa tradycja. Już na Dalekim Wschodzie uważanym za kolebkę gospodarki stawowej w Japonii i Chinach już 5000 lat p.n.e. stosowano masowy wychów ryb, w starożytnym Rzymie były tzw. pisciny czyli sadzawki, gdzie trzymano ryby na liczne biesiady. Pierwsze historyczne wzmianki o karpiu w stawach pochodzą z klasztorów Bawarii z X wieku oraz Czech i Moraw z XI wieku. W Polsce hodowlę karpia rozpowszechnili o.o. Cystersi budując staw hodowlany w Jędrzejowie w 1140 roku i w mogile pod Krakowem w 1218 roku. Na Dolnym i Górnym Śląsku koło Opola, Niemodlina, Milicza zakładali stawy karpiowe o.o. Templariusze i o.o. Benedyktyni. Również królowa Bona wybudowała w 1560 r. staw liczący 460 ha koło Knyszyna. Dziś nazywa się on stawem Zygmunta Augusta. Pan karp jest stary jak świat John.
– No dobra, kapitan, ale czy musi być on na Święta być sprzedawany żywy?
– Musi John. Jak ci już wspomniałem 80 % całej polskiej produkcji karpia trafia na nasz rynek krajowy w okresie przedświątecznym. Tu pojawiają się problemy związane ze wstępnym przetwarzaniem karpia i przetrzymywaniem w warunkach chłodniczych (0-2°C). Okres przechowywania mięsa karpia w warunkach chłodniczych wynosi 7 dni. W ciągu 1 godziny pracownik produkuje 10 – 35 kg fileta karpia, bo dominuje tu obróbka ręczna. Teoretycznie do przetworzenia w ciągu 1 tygodnia całości sprzedawanego karpia należy zatrudnić 2850 pracowników pracujących przez 7 dni po 8 godzin dziennie, co przy pracy na trzy zmiany potrzebne by było 950 stanowisk pracy spełniających wysokie wymagania sanitarne. Wniosek jest tylko jeden: to nierealne John.
– No, ale gdzie tu tzw. dobrostan karpia?
– Karp ma niebywałe możliwości adaptacyjne w sytuacjach niedoboru tlenu. 30 % tlenu atmosferycznego karp może pobrać przez skórę. Spokojnie możemy przenieść go do domu w zwykłej foliowej torbie nawet przez 2 godziny pod warunkiem, że torba będzie nie zawiązana, a karp utrzymywany w naturalnej dla niego pozycji czyli w pozycji pionowej. Nie ma uwarunkowań prawnych John przy sprzedaży bezpośredniej żywego karpia. Istnieją tylko zalecenia, ale o ile są one spełnione dobrostan karpia może być zachowany.
– Ponoć w Unii gadają o zakazie sprzedaży żywego karpia. Prawda to kapitanie?
– Nie wiem John, ale to by była katastrofa dla polskiego rybaczenia John. To byłby koniec polskich stawów, polskiej ryby, a na Boże Narodzenie serwowano by nam karpiowate badziewie z Chin. Chiny na to tylko czekają. Już teraz produkują 75 % całej światowej produkcji karpia.
– Boże uchowaj, kapitan. Polać jeszcze?
– Polewaj John, polewaj, ryba wszak lubi pływać. Ahoj!

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Trzy życia

19 lip

10517398_746333758757114_4731170675482578700_o

Jakże długie wydają się być te rejsy, podczas których niemal nieustannie tęsknisz za domem, za żoną, rodziną. Wczoraj z całą moją załogą podzieliłem się wszelkim słodkim prowiantem, jaki mi pozostał. Ależ byli zdziwieni. Niezbyt często, bowiem częstuję wszystkich od majtka począwszy, a na „pierwszym” kończąc cukierkami i batonami. Pytali, co mi się stało, a ja im powiadam: cieszę się, że wracam do domu i tą radością chcę się z wami podzielić. Bo teraz to ja mam jakby trzy życia: życie w domu, życie w rejsie i życie w tawernie, w której nie odetchniesz być może świeżym powietrzem, ale zawsze możesz zaczerpnąć świeżych opowieści i posłuchać nowych piosenek, tych spod znaku „gitarą i piórem”. Jakże często te opowieści i te właśnie piosenki rodzą się na morzu, gdzie otulony tęsknotą i mokrym sztormiakiem siadasz w kącie kajuty, chwytasz gitarę i pomiędzy jednym, a drugim łykiem rumu piszesz na kartce słowa i wklejasz je w dźwięki i nuty. Trzy życia, każde z nich inaczej smakuje, ale żadnego z nich nie oddam za nic na świecie.

 - Witaj stary Johnie!

  – A powitać starego kapitana! Słuchaj kapitan, była u mnie wczoraj konkurencja i pytali o ludzi, którzy umieją, choć trochę śpiewać i znają morskie melodie. Poleciłem im paru naszych chłopaków w tym i ciebie, aczkolwiek uczyniłem to bardzo niechętnie, no bo wiesz, brzmi to, jak podkradanie klienteli.

 - Nie martw się John. My u ciebie zawsze będziemy bywalcami, a do tawerny, co się „Gniazdo piratów” zowie wpadniemy ino raz na koncert „na żywo”.

  – A więc już coś wiesz o tym?

 - Byli u mnie z „Gniazda piratów”, właśnie z twojego polecenia. Zbierają oni uzdolnioną wokalnie publikę, aby pewna bardzo sympatyczna para dała szantowy koncert, który chcą nagrać „na żywo” na płytę. Swoją drogą po raz pierwszy słyszę, aby jakiś zespół sam sobie dobierał publiczność, no ale nagrania widać mają swoje wymagania.

 - Ponoć ta płyta ma nosić tytuł „Trzy bycia”….

 - „Trzy życia” John. Sam im to zasugerowałem. Powiedziałem im, że każdy marynarz ma trzy życia: te w rodzinnym domu, te na morzu i te w tawernie, ale jak się wypije trzy „setki”, to wszystkie one mieszają się w tobie razem nawzajem, bo wszystko się wtedy chwieje i jest tak samo nie pewne, jak na morzu, a jak nie masz jeszcze ochoty wracać do domu, to dom przyjdzie do ciebie w postaci ukochanej żony, która ma jeszcze tę siłę co się miłością zowie i za kołnierz cię wywlecze w domowe pielesze wśród ogólnej wesołości twoich kamratów, po których żony jeszcze nie przyszły, albo po których już nigdy nie przyjdą.

 - Gadasz kapitan, jakbyś już wypił trzy „setki”, dolać czwartą?

 - Pierwszą John, pierwszą, ale chyba na niej skończymy, bo w taki upał, to po czwartej mógłbym śpiewać nie w tawernie, lecz w chórze anielskim.

 - Chyba diabelskim.

 - Eee tam, i diabeł nie straszny tak, jak go malują. Jeśli potrafi grać w karty, ma silną głowę i czasami potrafi się zamienić w piękną dziewicę, to…

 - kapitanie…

 - no, co…

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odra moja miłość

19 cze

1-Mi-3 236

 

 

 

 

 

Prosto z Urzędu Morskiego w Szczecinie udałem się do tawerny „Pod wrakiem”. Nie ściągnąłem nawet munduru, bo tak szybko chciałem zanieść najnowsze wieści z morza.

 - A powitać szanownego kapitana – zagadnął John, – ale czemuż to w moich skromnych progach zachodzisz w pełnej gali.

 - Bom bezpośrednio z „urzędu” idę, i powiadam ci John, że wielkie rzeczy dziać się będą na naszych zachodnich rubieżach.

 - Co, wojna będzie? – spytał żartobliwie John.

 - Prawie, ale, ale Johnie, podsłuchu tu jakiegoś przypadkiem nie masz?

 - A co, kląć będziesz, kapitanie?

 - Kląć to nie, ale wiesz decyzje zapadają na górze i póki nie stają się faktem, są tajne.

 - Kapitanie, ja pluskwy raczej tępię, a nie podkładam, ale za tajniaków i agentów nie ręczę. Różni tu przychodzą, nie to jak kiedyś, kiedy czuliśmy się tu jak sami swoi…no to, co to za wieści? A może polać?

 - Nie John, dzięki, nie w mundurze.

 - Racja, no to gadaj, co tam w „urzędzie”?

 - Odra, John. Odra stanie się wreszcie w pełni żeglowna. Polacy, Niemcy, Czesi, Szwedzi, a nawet Anglicy chcą by miasta nad Odrą były miastami portowymi i miały realne połączenie z Bałtykiem.

 - Wrocław ma status miasta portowego jeszcze „za Niemca”.

 - No właśnie John, właśnie. Kiedyś barki wypełnione śląskim węglem pływały od Opola do Szczecina, a dziś jeno tylko do Słubic, a i to niezbyt często.

 - Fajna to sprawa, kapitanie, ale wielce trudna i chyba raczej odległa. Na to trzeba wiele kasy i jeszcze więcej czasu, by żeglować Odrą.

 - Wiem John, i właśnie stąd ta moja mundurowa gala. W „urzędzie” spotkaliśmy się z przedstawicielami z Kampanii Europejskiej i oni też się żywo zainteresowali tematem.

 - Ty, kapitanie tez widzę jesteś jakiś taki napalony na ten temat.

 - No właśnie, dlatego cię pytałem, czy nie masz tu, jakiego podsłuchu. Zdradzę ci, bowiem w sekrecie, że i mnie chcą wkręcić w ten projekt. Chcą bym i ja miał udział w tym biznesie.

 - I co, pójdziesz na to, kapitanie?

 - Wiesz John, starzeję się. Trochę mam dość tułaczki po świecie. Wiem, ze to nie jest wielka żegluga, a raczej śródlądowo – bagienna, ale za to we własnym kraju.

 - No i u mnie byś częściej bywał.

 - W rzeczy samej, John. W rzeczy samej.

 - No powiedz mi kapitanie, ile trza wyłożyć.

 - Nie mogę, John, ale staram się o wsparcie, no, ale o tym to ja w knajpie gadał nie będę. Nie wiadomo, bowiem jakie i czyje taśmy się tu kręcą.

 - No to powodzenia kapitanie na odrzańskim szlaku.

 - To jeszcze daleka droga. Tymczasem mogę ci dać nieco pysznej argentyńskiej wołowiny.

 - Z chęcią, kapitanie. A może przysadzić ci jakiegoś steku z niej?

 - Nie dzięki, John, ale powiem ci, dlaczego ta wołowina uchodzi za najlepszą na świecie. Dlatego, John, że tam woły pasą się na wielkich bezkresnych pastwiskach na stepach porośniętych naturalną i nienawożoną trawą. Ta wołowina pachnie stepem, a nie kiszonką z kukurydzy i ma kolor zachodzącego słońca, a nie gliniastej ziemi i smakuje, jak prawdziwe mięso, a nie jak gumiasta  podeszwa.

-Zniknęły woły i krowy z naszego polskiego krajobrazu, choć ponoć jest tego u nas około trzech milionów.

 - Ale pod strzechą, John, pod strzechą. Nieba i świeżej trawy to one przez całe swe życie nie widzą. Dobranoc John.

 - Dobranoc, kapitanie. Zapraszam jutro na „Dni Morza” do mojej tawerny. Będą szanty i świeże prawdziwe piwo.

 - W takim razie do jutra, John.

 - Ahoj, kapitan

 - Ahoj, John.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Produkty lokalne

01 cze

DSC08312

 

- W samą porę kapitanie przybywasz – od samego progu tawerny powitał mnie stary John. – zdążyłeś na pogrzeb generała.

 - Wcale nie chciałem. – odparłem.

- Wiem, wiem…mieliście z nim na pieńku, co?

- Było minęło John, nie żywię urazy. Tym bardziej do nieżywych.

 - Ty może kapitanie tak, ale inni nie.

 - Sądy ludzkie, mój miły Johnie stoją niżej nad sądami boskimi, a tu nasz generał ma pewne szanse.

 - Nasz?

 - Jest katolikiem, John, chrześcijaninem. Tak jak ja, a więc nasz.

 - Żartujesz kapitanie.

 - Generał przed śmiercią przyjął sakrament pokuty, Eucharystii, i ostatniego namaszczenia.

 - Tak wszystko w jednym? Jak w pakiecie promocyjnym hipermarketu? Kościół na to idzie?

 - Nie Kościół John, ale sam Bóg na to idzie. Tak wielkie jest Jego Miłosierdzie.

 - Pewnie Pan Bóg daje ludziom nieprawym tak długie życie, aby dać im szansę poprawy.

 - W rzeczy samej John, i generał tę szansę wykorzystał.

 - Tuż przed zamknięciem ziemskiego urzędowania.

 - Zmieńmy lepiej temat Johnie. Mam dla ciebie wyśmienity ser z Argentyny. Chcesz spróbować?

 - No jasne, dawaj kapitanie.

  Rozwinąłem białe płótno na ławie. John poszedł po talerze i kufle z piwem. Kiedy je tak stawiał na stole mogłem podziwiać jego minę wyrażającą pomieszanie uczucia zdziwienia, obrzydzenia i konsternacji.  Ser, bowiem przypominał spleśniały pożółkły kamień i śmierdział, jak sto par niepranych skarpetek.

 - Chyba straciłem apetyt, kapitanie – odparł po dłuższej chwili.

 - John, to tylko tak wygląda. Ręczę, że smakuje o wiele lepiej.

Wziąłem nóż do sera, z pewnym trudem odkroiłem kawałek i podałem Johnowi na talerzu do spróbowania. Biedny stary John przełamując odruch wymiotny przeżuwał mały kęs sera w ustach, ale nie krzywił się zbytnio. Ser miał specyficzny smak, ale dość typowy dla wszystkich podobnych wyrobów i był rzeczywiście o niebo lepszy niż jego wygląd.

 - No masz rację, kapitan. Zjadliwe to to jest.

 - To produkt lokalny John oparty na prastarej recepturze pochodzącej jeszcze z V wieku naszej ery. Ten ser wytwarzali Brytowie za czasów Króla Artura.

  – Mówiłeś kapitanie, że przywiozłeś go z Argentyny.

 - A to też ciekawa historia. Otóż recepturę tego sera niejako ukradli Rzymianie, bo świetnie nadaje się on długiego przechowywania w niezbyt życzliwych dla środków spożywczych warunkach. Jednym słowem był on na wyposażeniu wielu rzymskich legionów, a jeszcze wcześnie brytyjskich włóczników. Potem włoscy emigranci przywieźli ze sobą tę recepturę do Argentyny. Jak wiesz, John Argentyna słynie z hodowli owiec i owczych serów. Szybko, zatem i tam się zaaklimatyzowała produkcja tego oto produktu, który ma nawet certyfikat.

  – Dziś wszystkie niemal szanujące się produkty lokalne mają swoje certyfikaty, kapitanie.

 - Z tym był pewien problem.

 - Jaki.

 - No, jakby ci to powiedzieć John, problem dotyczy owej właśnie receptury. Otóż kochany Johnie ten ser jest zawijany w liście pokrzywy i dojrzewa on przez pół roku w baranim moczu. Zdradziła mi to gospodyni hacjendy, w której się zatrzymałem na czas pobytu w Argentynie. Ona właśnie wytworzyła ten ser, który teraz jemy i sam widziałem, jak posyła swego męża do owczarni po barani mocz.

 - Kaptanie, muszę się napić i to nie piwa, lecz najmocniejszego jamajskiego rumu. Inaczej zaraz się porzygam.

 - a pij Wać, a i mnie nalej. Myślisz Johnie, że te nasze lokalne oscypki to niby lepsze.

 - A pewnie, że lepsze – odparł John i już nalewał szklanice z białym rumem – przynajmniej nie ma w nim moczu baraniego.

 - I tu się mylisz Johnie. Wiesz, jak się doi owce na hali? Juhasi doją do tych swych cebrzyków nie tylko mleko, tam wpadają też i owcze bobki i właśnie mocz, bo owca nie wybiera sobie pory sikania, sika, kiedy chce i gdzie chce. Powiadają nawet, że to właśnie ten posmak owczych bobków i moczu jest swoistą pieczęcią oryginalności lokalnego produktu.

 - To ty się mylisz kapitanie. Wiem o tym doskonale, jak się doi owce i wiem, że tam wpada do cebra nie tylko mleko, ale tu nie masz racji, mój kapitanie.

 - To w czym rzecz, John?

 - Ano w tym, że jak sam powiadasz gospodyni wysłała swego męża po barani mocz, a ja nie widziałem jeszcze barana, który pozwoliłby sobie nawet na samo zbliżenie do swoich genitaliów innemu facetowi, nawet, jeśli on jest gospodarzem.

 - Co ty mi tu suponujesz, John.

 - Ano, jeno tylko to, że dla świętego spokoju, co by babę zadowolić i nie ryzykując życia od rogów barana przyniósłbym mocz swój własny. 

 - John! Polewaj, ano szybko, bo się zaraz porzygam.

    

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii