RSS
 

Wszyscy jesteśmy emigrantami

29 mar

galion 1

Jakoś przezimowałem. Czuję wiosnę w kościach. Pora zacząć się ruszać. Chyba zacznę od odwiedzin Johna. Dawno mnie tam nie było. W „Tawernie Pod Wrakiem” znalazłem sporą grupę mówiącą po ukraińsku. Kobiety mężczyźni i dzieci. Wszędzie, na ławach, na podłodze a nawet na stołach pełno było ich tobołków, toreb, waliz i różnego rodzaju zawiniątek. Wśród nich zauważyłem starego Johna, który uwijał się serwując im makaron spaghetti z sosem pomidorowym. Zauważyłem, że nie kasował pieniędzy. Dziwne i nie spotykane u Johna. John zauważył mnie dopiero wtedy, gdy odnosił brudne talerze.

 

- A powitać szanownego kapitana w mych skromnych progach.

 

- Witaj, John. Co to za jedni? – spytałem skinąwszy głową na to dość egzotyczne towarzystwo.

 

 - Emigranci. To Ukraińcy, ale większość ma polskie korzenie. Są w drodze do obozu dla uchodźców.

 

 - Dajesz im makaron za darmo?

 

- Nie zupełnie. Rachunek mam przedstawić w Urzędzie Gminy.

 

- Jakieś 70 lat temu John, moi przodkowie jechali w bydlęcych wagonach ze Wschodu na Zachód, być może nawet z tych samych stron, co oni.

 

- Nie wiedziałem.

 

- Bo nie pytałeś Moi dziadkowie i babcie, a co za tym idzie i moi rodzice są uchodźcami. Pochodzą z małej wioski Łukowiec leżącej pod Lwowem. Kiedyś była tam Polska, potem CCCR, a teraz jest Ukraina..

 

- No właśnie kapitanie. Ciekawe, skąd się tam na Wschodzie wzięło takie nazwisko, jak Twoje?

 

 - Nie wiem John. Sam się nad tym zastanawiałem i kiedyś nawet dostałem taki list z Uniwersytetu Wrocławskiego z zapytaniem o moje pochodzenie i ewentualnie moje tzw. drzewo genealogiczne. Robili, bowiem, jakieś tam badania nad genezą polskich nazwisk.

 

 - I co? Doszli do czegoś.

 

 - Nie określili tego dość jasno, John, ale stwierdzili, że najprawdopodobniej wywodzimy się z rodu Wikingów.

 

 - Wielkie nieba, kapitan Wikingiem….

 

 - Już w dzieciństwie moi koledzy przezywali mnie  Batory, bo tak fonetycznie pasowało..

 

 - Ponoć Stefan Batory też był Wikingiem.

 

- A zatem w królu polskim też płynęła krew imigranta.

 

- Raczej najeźdźcy.

 

-.. Który jednak się zasymilował ze Słowianami.

 

- No, właśnie zasymilował. Przyjęli wiarę naszych ojców, nasze obyczaje, naszą kulturę i tylko ślad w postaci dziwnych nazwisk zupełnie niesłowiańskich po nich dziś pozostał.

 

- A wiesz co, John? Powiem ci, że ja już w szkolnej ławie siedziałem z uchodźcą. Był Grekiem. Nazywał się Chrisstotomos Charitos. Dla nas był Tomkiem. Jego rodzina musiała uchodzić ze swojej ojczystej ziemi po przymusowym wysiedleniu całej wioski. Za lewicowe poglądy rodziców Tomka groził im obóz koncentracyjny. Nie było wyjścia, musieli uciekać. Polska w tym czasie otworzyła granice dla wszystkich Greków. emigrujących w wyniku prześladowań. Tomek urodził się w obozie przejściowym dla uchodźców w Świnoujściu. Doskonale mówił po polsku, ale w jego domu rozmawiano wyłącznie po grecku. W szkole podstawowej siedziałem z nim w jednej ławce. Zaliczałem go w poczet moich najlepszych kolegów i przyjaciół. Pamiętam, jak dzielił się ze mną po kryjomu pod ławką z przyniesionymi z domu oliwkami i pomarańczami, w tych czasach niemal niemożliwych do zdobycia w PRL. Kiedy w Grecji przestała panować junta pułkowników i do rządu weszła demokratyczna partia  „Nea Dimocratia” z Karamanlisem na czele rodzina Tomka powróciła do swojej ukochanej ojczyzny. Pasją Tomka były samoloty. Potrafił rozpoznać każdy model samolotu przelatujący nad nami. Jego marzeniem było zostać w przyszłości pilotem.

 

 - A wiesz co, kapitan? Ja też mam przyjaciela uchodźcę.

 

 - Twoi przyjaciele John są moimi przyjaciółmi.

 

 - Poczekaj, poczekaj. Ten mój jest islamistą. Pochodzi z Iranu, ale twierdzi, że nie jest Irańczykiem, lecz Persem. Dzisiejsi obywatele Iranu to w głównej mierze potomkowie ludu, który najechał i okupował Persję. Dalej tak uważa, że Iran to terytorium okupowanej Persji.

 

 - Podobna historia, jak Indianie w Ameryce, czy Aborygeni w Australii

 

 - Tak, tylko że dziś prawdziwych Persów już nie ma. Wyginęli albo rozproszyli się po świecie, jak mój przyjaciel właśnie.

 

 - Tak, jak Cyganie. Dziś prawdziwych Cyganów też nie ma.

 

 - Tyle, że Cyganie wędrują po świecie po świecie ze swojej własnej woli. Mój przyjaciel musiał uciekać z Iranu, bo Chomejni powołał go do wojska i przydzielił do plutonu egzekucyjnego. Uciekł z wojska i za to zaocznie nadano mu wyrok śmierci. Uciekł do Polski, bo wtedy nasz socjalistyczny kraj był dość szczelną ochroną przed islamskimi ekstremistami, którzy wierzą, że  zabicie mego przyjaciela przyniesie im chwałę w Niebie. Nawet dziś, choć anulowano mu wyrok śmierci, nie wiem czy mogę zdradzić jego imię. Mieszka w Polsce. Ożenił się  z Polką. Mają piątkę dzieci. On chodzi w niedzielę do meczetu, a żona i dzieci do kościoła. On o 12-tej  modli się na dywaniku zwrócony twarzą w stronę Mekki, a ona na tym samym dywaniku odmawia Anioł Pański zwrócona w stronę Częstochowy.

 

- Wszystko można pogodzić tam, gdzie panuje miłość i tolerancja. Chociaż mnie z trudem przychodzi pogodzić się z pewnym epizodem w mojej przeszłości związanym z uchodźcami.

 

- zamieniam się w słuch, kapitan.

 

- Po ukończeniu Akademii Morskiej  w Szczecinie chciałem nabrać jakiegoś doświadczenia i włóczyłem się po Europie mustrując się z jednej łajby na drugą i pewnego razu los rzucił mnie do brzegów Estonii. Estonia wtedy gniła w marazmie komunizmu. Pamiętam, jak siedząc sobie w tawernie w Tallinie niemal napastowała mnie grupa kilkudziesięciu Estończyków, którzy kupili jakiś stary okręt i chcieli nim uciec najpierw do Szwecji, a potem do Ameryki.  Jak to się mówi, byłem młody i głupi. Pochlebiało mi to, że zwracali się do mnie per kapitan. Ci wszyscy ludzie byli zdeterminowani, pamiętam matkę z trzymiesięcznym dzieckiem na ręku, śliczną czarnowłosą dziewczynką. Błagała mnie ze łzami w oczach, bym się zgodził przeprowadzić statek przez ocean ratując ją samą dziecko i męża przed zsyłką do łagrów syberyjskich, bo muszę ci powiedzieć John, że miałem do czynienia z elitą dysydentów estońskich uważających Rosjan za okupantów. Jakież to było dla mnie znajome. No, i jak tu nie pomóc było nie było braciom w niedoli, takiej samej, a może jeszcze gorszej aniżeli tej naszej, polskiej. Statek był w kiepskim stanie. Poszycie prawie przegniłe. Zaopatrzenie w prowiant marne. Z przyrządów nawigacyjnych miałem jedynie sekstant, kompas, zegarek i kiepskie mapy. Całe szczęście, że nawigacja w Akademii Morskiej stała na wysokim poziomie. Przez pierwsze dni było nawet nieźle. Zrobiłem cztery i pół tysiąca mil bez większych problemów. Jednak potem zaczęło się piekło. Jakieś półtora tysiąca mil na południowy zachód od Florydy na horyzoncie zobaczyłem czarne chmury. Powiało wiatrem nieprzyjemnym, który w krótkim czasie zamienił się w prawdziwą wichurę. Wysiadła radiostacja, a więc nici z ewentualnego S.O.S. Nie miałem barometru, ale i bez niego wiedziałem, co mnie czeka. Uderzenia fal nadwyrężyły burty okrętu i rozluźniły deski poszycia. Żaglowiec zaczął przeciekać. Woda wdzierała się z dołu i góry, bo lało niemiłosiernie. Kazałem zamknąć wszystkie włazy i luki. Pompy nastawione na „ful” nie dawały rady. Mężczyźni wylewali wodę wiadrami podając je sobie z rak do rąk. Kobiety wylewały wodę garnkami i patelniami. Pomieszczenie, w którym znajdował się silnik do połowy było zalane wodą. Silnik o dziwo pracował, ale rozgrzany emitował niezliczone ilości pary. Tu mężczyźni również wylewali wodę. Kobiety i mężczyźni swoim odzieniem, a jeśli i to nie pomagało, to własnymi ciałami zasłaniali szczeliny przez które sączyła się woda.   Z przerdzewiałych, nieszczelnych  zbiorników  z wodą słodką pozyskiwano wodę zmieszaną z wodą morską i fekaliami. Ludzie, a zwłaszcza dzieci zaczęli chorować, głównie na dyzenterię. Przed kingstonem, podobnym do wiejskiego wychodka w gospodarstwie mojego dziadka, powiadam ci John, brakowało tylko tego wyciętego w deskach serduszka, nieustannie stała kolejka. Pod pokładem panował zaduch, smród nie pranych pieluch,  potu, wymiocin i ekskrementów. Był nie do zniesienia. Po czterech dniach walki z żywiołem ludzie słaniali się z wycieńczenia, ale nadzieja na ocalenie nigdy ich nie opuściła, a dnia piątego zajaśniała całą swoją mocą. Morze się uspokoiło. Otwarto wszystkie luki i włazy. Zaczęliśmy uszczelniać wszystkie szczeliny pakułami i smołą. Statek nadal przeciekał, ale pompy dawały już radę. Okręt wysechł na tyle, że ludzie a zwłaszcza dzieci wracały powoli do zdrowia. Nie mniej jednak straciłem kilku ludzi wśród pasażerów. Co najmniej dwóch fale zmyły z pokładu za burtę, reszta zmarła z wycieńczenia i biegunki. Niestety zmarła też i ta czarnowłosa dziewczynka, której matka tak mnie błagała o zgodę na ten rejs. Dziś, John z perspektywy czasu uważam to za cud, ale pomimo to wciąż mam ten obraz rozpaczającej matki pochylonej nad martwą czarnowłosą trzymiesięczną córeczką. Po kilku następnych dniach dowlekliśmy się do portu w Jackonville i tam okręt zatonął. Ocalało 54 Estończyków, którzy po kilkumiesięcznej kwarantannie rozjechali się po całych stanach Zjednoczonych, a niektórzy z nich trafili nawet do Kanady.

 

 - Nie lada wyczyn, kapitan. Jesteś bohaterem.

 

- Ja się tak nie czuję, John. Wolałbym po stokroć tonąć podczas sztormu, aniżeli patrzeć przez kilka dni na zwłoki kilkumiesięcznej dziewczynki i na zrozpaczoną matkę.                

 

- No, ale my tu gadu, gadu, a piwo się grzeje.

 

 - Oj tak, Jon. Polewaj bo zaraz muszę  już iść. Mam umówioną wizytę u fryzjera.

 

- U tej Ukrainki.

 

 - Skąd wiesz?

 

- Też tam chodzę.

 

- Biedna, musiała zostawić wszystko i uciekać przed wojną razem z dziećmi. Mąż zginął na froncie.

 

 - Ale strzyże dobrze, no i jest ładna.

 

 - Aż kusi by poflirtować, dlatego chodzę do niej razem z żoną, by nie kusiło. Swietłana wtedy w promocji strzyże mnie za darmo kasuje jedynie żonę.

 

 - No popatrz kapitan, jak to koło się zamyka. Płynie w tobie krew Wikingów, twoje korzenie pochodzą z ukraińskiej ziemi, która kiedyś była Polską, a teraz idziesz do fryzjerki, która być może pochodzi z tych samych okolic, co twoi rodzice.

 

 - bo my wszyscy jesteśmy uchodźcami John.

 

- No właśnie. Zapomniałem, że ty sam włóczyłeś się po świecie za chlebem.

 

 - Bogu dzięki, że osiadłem w końcu na mej ojczystej dolnośląskiej ziemi.

 

- Zaiste, wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.  

 

- Ahoj, John!

 

- Ahoj, kapitan!       

 

                                      

 

 
Komentarze (20)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Michał

    29 marca 2016 o 12:37

    Witaj Wieniu.
    Długo ciebie nie było, ale wreszcie przypłynąłeś…
    Dziwny z ciebie emigrant…
    Taki makaroniasty.
    Pozdrawiam i stopy wody pod kilem.
    Michał

     
  2. ~danka

    29 marca 2016 o 12:37

    Świetna pogaducha z Johnem.Zastanawiam się czasami, jak daleko sięgają moje korzenie…Znam jedynie babci na zwisko panieńskie Miśkiewicz..dalej czarna dziura..Człowiek należy do stada..stado podąrza za wodzem.Szukają spokojnej ostoi.Uciekaja o zła..bywa że przez to zło są nasiąknięci złem.Jak zaraza przechodzi dalej..Miesza się z dobrem. Ciężkie czasy kapitanie nastały.Mnie nie przeszkadzaja imigranci, którzy chcą żyć w spokoju..mieć pracę i rodzinę.Ale imigrańci wyzyskiwacze….o tu juz mam inne zdanie..Są w mojej okolicy tacy ..którzy mieszkają w blokach…rozpalali ognisko na środku pokoju..zerwali parkiet i tymi deseczkami palili pod kociolkiem..a kuchnia byla nie naruszona..No to zobacz kapitanie z jakiego świata ludzie wędrują…w jakim świecie żyli..Dobrze ze sasiedzi zauwazyli dym w okni:-) bo spalili by budynek..Dostali przeuczenie jak maja soe obchodzic z elektronika i prądem…Dymu już nie ma .:-) ale człowieka trafia kiedy domagaja sie wszystkiego..a oni nic w zamian.. Ciężkie czasy….JOHNnalej i mi kielicha..hej

     
    • ~danka

      29 marca 2016 o 21:56

      a napisałam” na zwisko”…ech….

       
      • ~danka

        29 marca 2016 o 22:04

        No widzisz kapitanie,John za dużo polał i tyle „byków” narobiłam.:)Muszę pisać z komputera jednak::) .Jak piszę z telefonu ,wszystko malutkie ,człowiek już wzrok ma nie taki ,jaki by chciał..widzi „o”pisze „e”..itd…proszę o wybaczenie.

         
  3. ~Malina_M

    29 marca 2016 o 16:47

    Ahoj, kapitanie dawno mnie w tawernie nie było … Ech kapitanie – to my krajanie … moi też w bydlęcym wagonie przyjechali na zachód , ze Złoczowa a Łukowiec to prawie o rzut kamieniem …
    ech kapitanie tą samą duszę mamy …
    Jak chcesz zobaczyć uśmiech złoczowianki, mojej Mamci to na blog zapraszam … albo na FB wszak znajomi jesteśmy kapitanie …
    Ahoj,

     
  4. ~Vojtek

    30 marca 2016 o 06:02

    Pieknie to napisałeś Kapitanie. Podpisuje się pod tym „ręcami i nogami” Wszystko jest dla ludzi ale ludzi MĄDRYCH. Rowery przeżywają renesans i bardzo dobrze.

    Świetny tekst. U mnie jest tak. maja babcia ze strony mamy była rodowita Francuzka Paryżanką. Jej mąż czyli mój dziadek pochodził z Winnicy na Podolu. Dziś tam jest Ukraina. Ojciec mój pochodził z Polesia. Dziś tam jest Białoruś. A moja mama tak jak i ja to rodowici Warszawiacy. Robiłem badania genealogiczne. To temat na ciekawy wpis na blogu. Problem imigrantów, uchodźców jest ciężki do rozwiązania. Byłem niedawno w gdańsku. Musze przynajmniej raz w roku zobaczyć morze. Pozdrawiam serdecznie Kapitana. Oczywiście nad Motławą znają KAPITANA.
    Stopy wody pod kilem!
    Vojtek z nad Wisły :)

     
  5. ~Malgorzata

    30 marca 2016 o 18:44

    Bardzo się ciesze z powrotu Kapitana. Dobrze, ze problem został „udomowiony”, bo wtedy ogarniających niektórych trwoga może zmaleć lub nawet zniknąć. A przecież najtrudniej jest przybyszom – czy tak trudno to zrozumieć…Serdecznie pozdrawiam Malgosia.

     
  6. ~Jolanta

    31 marca 2016 o 21:34

    Oj, dziwny, dziwny świat i dziwnie splatają się ludzkie losy w tym świecie.
    Moja mama też pochodziła ze Wschodu, a w dowodzie osobistym do końca życia miała napisane : …urodzona w ZSRR, ech….
    Pozdrawiam serdecznie…:-)

     
  7. ~Helen

    2 kwietnia 2016 o 16:43

    Ty nie jak kapitan, ino jak niedźwiedź w gawrze, zapadłeś w sen zimowy… Ale słońce do tyłka zajrzało i proszę! Jest!:))
    Mój ojciec też przesiedleniec z Kresów, i męża rodzice.
    Okazuje się, że my wszyscy emigranci…
    Pozdrawiam

     
  8. ~Lotka

    7 kwietnia 2016 o 08:30

    To prawda,że wszyscy skądś przybyliśmy aby znaleźć swoje miejsce na ziemi,ja z Grodzieńszczyzny. Nie słyszałam nic o obozie dla uchodźców w Świnoujściu.Pozdrawiam ciepło.

     
  9. ~Vojtek

    7 kwietnia 2016 o 09:11

    Bardzo Kapitanowi dziękuje za wizytę u mnie. O problemie emigracji, migracji już tu w skrócie pisałem. trudna spraw do rozwiązania jeśli to jest masowe i w jednym czasie.
    Pozdrawiam i stopy wody pod kilem a takze dobrych butów do biegania!
    Vojtek znad Środkowej Wisły.

     
  10. ~backsztag

    20 kwietnia 2016 o 21:58

    Witam Wiena kapitana i odwiedzających tawernę.

    Na Tawernę Pod Wrakiem trafiłem przypadkowo i często zaglądam czytując wstecz coraz starsze wpisy niejednokrotnie kilka razy ponieważ zmuszają do refleksji.
    Ostatni temat poruszył mnie szczególnie ponieważ około 30 lat temu jeden z krewniaków (stryjeczny kuzyn) ze smutkiem stwierdził, że zapomniałem ojczystego języka.
    Sprowokował mnie tym do odnalezienia pamiątek po ojcu i rozszerzenia wiedzy o przodkach. Okazało się, że wszyscy potomkowie mojego pradziadka są emigrantami.
    Pradziadek, po którym odziedziczyłem polsko brzmiące nazwisko kończące się na -wiecki mieszkał z dziada, pradziada w Peczeniżynie (Huculszczyzna). A więc prawdopodobnie jego całe życie upłynęło pod panowaniem Franciszka Józefa. Miał trzech synów: najstarszy J. , średni E. (mój dziadek) i najmłodszy M. Najstarszy J. został urzędnikiem administracji jego cesarskiej mości. Praca ta nie wymagała wielkiego wysiłku, dawała dochody nie wygórowane ale pewne wraz z wysokim szczeblem towarzyskim. Natomiast E. związał się z poszukiwaczami nafty, najpierw w Borysławiu, gdzie urodził się mój ojciec, a potem skaperowal najmłodszego M.i zatrudnili się w holendersko-rumuńskiej firmie wiertniczej Astra-Romana. Następne dzieci urodziły się w Rumunii. Z różnych powodów losowych, głównie II W.Ś. potomkowie tych trzech braci rozproszyli się. I tak.
    Potomkowie najstarszego J. są Ukraińcami. To ten mój rówieśnik musiał rozmawiać ze mną po rosyjsku.
    Potomkowie mojego dziadka są Rumunami, Rosjanami lub Ukraińcami, prawdopodobnie też Holendram lub Indonezyjczykami i tylko ja jeden jestem Polakiem. A to dlatego, ponieważ mój ojciec (najstarszy) wrócił do Polski w 1923 roku by odbyć służbę wojskową w Kołomyji i następnie znalazł zatrudnienie w Wilnie i tam osiadł.
    Potomkowie najmłodszego M. wszyscy w Polsce.

    Tak więc Twój Kapitanie tytuł ” Wszyscy jesteśmy imigrantami” jest b. trafny.
    Kiedy w różnych rozmowach słyszę „nie gadaj z tym ( szwabem, angolem, ruskim, żydem, pepikiem, itd.) proponuję rozmówcy, weź kartkę i napisz w ciągu pięciu minut imiona i panieńskie nazwiska oraz przybliżony rok i miejsce urodzenia swoich prababek. To tylko cztery osoby. Daj mi tę kartkę. Po miesiącu wrócimy do rozmowy. Następnie mówię: cofnąłeś się zaledwie trzy pokolenia. A co powiesz o wczśniejszych? Jeżeli zatoczysz okręgi o promieniach około 1500km od miejsc gdzie żyli Twoi przodkowie to nietrudno stwierdzić, że przez te tereny od zarania dziejów przetaczały się hordy najeźdźców i okupantów. Od Tatarów pod Legnicą poczynając, poprzez Germanów, Szwedów, Francuzów i kończąc na Niemcach z Włochami i Rosjanach z Kałmukami. Wyposzczone wojsko rozsiewało swoje nasiona za zgodą lub bez, które w jakimś tam procencie wydawało owoce. Ponoć nawet Napoleon pozostawił nam swego potomka. Jeżeli nie masz mocnych papierów to nie oceniaj innych.

    Pozdrawiam howerlowski baksztag

     
  11. ~jola

    7 maja 2016 o 18:44

    Witaj Kapitanie,

    Bardzo mi się podobała Twoja rozmowa z Johnem…
    Serdecznie pozdrawiam.. ze Szkocji

     
  12. ~backsztag

    11 maja 2016 o 22:56

    Ahoj Kapitanie !
    Prawdopodobnie złośliwy chochlik spowodował, że mój komentarz nie zagościł na Twoim blogu. Na szczęście ponieważ jestem mało kumaty w obsłudze kompa to nie wykasowałem tekstu z Worda i mogłem go przepisać.

    ~backsztag

    20 kwietnia 2016 o 21:58

    Witam Wiena kapitana i odwiedzających tawernę.

    Na Tawernę Pod Wrakiem trafiłem przypadkowo i często zaglądam czytując wstecz coraz starsze wpisy niejednokrotnie kilka razy ponieważ zmuszają do refleksji.
    Ostatni temat poruszył mnie szczególnie ponieważ około 30 lat temu jeden z krewniaków (stryjeczny kuzyn) ze smutkiem stwierdził, że zapomniałem ojczystego języka.
    Sprowokował mnie tym do odnalezienia pamiątek po ojcu i rozszerzenia wiedzy o przodkach. Okazało się, że wszyscy potomkowie mojego pradziadka są emigrantami.
    Pradziadek, po którym odziedziczyłem polsko brzmiące nazwisko kończące się na -wiecki mieszkał z dziada, pradziada w Peczeniżynie (Huculszczyzna). A więc prawdopodobnie jego całe życie upłynęło pod panowaniem Franciszka Józefa. Miał trzech synów: najstarszy J. , średni E. (mój dziadek) i najmłodszy M. Najstarszy J. został urzędnikiem administracji jego cesarskiej mości. Praca ta nie wymagała wielkiego wysiłku, dawała dochody nie wygórowane ale pewne wraz z wysokim szczeblem towarzyskim. Natomiast E. związał się z poszukiwaczami nafty, najpierw w Borysławiu, gdzie urodził się mój ojciec, a potem skaperowal najmłodszego M.i zatrudnili się w holendersko-rumuńskiej firmie wiertniczej Astra-Romana. Następne dzieci urodziły się w Rumunii. Z różnych powodów losowych, głównie II W.Ś. potomkowie tych trzech braci rozproszyli się. I tak.
    Potomkowie najstarszego J. są Ukraińcami. To ten mój rówieśnik musiał rozmawiać ze mną po rosyjsku.
    Potomkowie mojego dziadka są Rumunami, Rosjanami lub Ukraińcami, prawdopodobnie też Holendrami lub Indonezyjczykami i tylko ja jeden jestem Polakiem. A to dlatego, ponieważ mój ojciec (najstarszy) wrócił do Polski w 1923 roku by odbyć służbę wojskową w Kołomyji a następnie znalazł zatrudnienie w Wilnie i tam osiadł.
    Młodszy brat dziadka M. tuż po wojnie całą swoją rodzinę przewiózł najpierw do Kłodzka a później potomkowie osiedlili się na Śląsku oraz Wybrzeżu i wszyscy są w Polsce.

    Tak więc Twój Kapitanie tytuł ” Wszyscy jesteśmy emigrantami” jest b. trafny.
    Kiedy w różnych rozmowach słyszę „nie gadaj z tym ( szwabem, angolem, ruskim, żydem, pepikiem, itd.) proponuję rozmówcy, weź kartkę i napisz w ciągu pięciu minut imiona i panieńskie nazwiska oraz przybliżony rok i miejsce urodzenia swoich prababek. To tylko cztery osoby. Daj mi tę kartkę. Po miesiącu wrócimy do rozmowy. Następnie mówię: cofnąłeś się zaledwie trzy pokolenia. A co powiesz o wcześniejszych? Jeżeli zatoczysz okręgi o promieniach około 1500km od miejsc gdzie żyli Twoi przodkowie to nietrudno stwierdzić, że przez te tereny od zarania dziejów przetaczały się hordy najeźdźców i okupantów. Od Tatarów pod Legnicą poczynając, poprzez Germanów, Szwedów, Francuzów i kończąc na Niemcach z Włochami i Rosjanach z Kazachami. Wyposzczone wojsko rozsiewało swoje nasiona za zgodą lub bez, które w jakimś tam procencie wydawało owoce. Ponoć nawet Napoleon pozostawił nam swego potomka. Jeżeli nie masz mocnych papierów to nie oceniaj innych.

    Pozdrawiam howerlowski baksztag (rozdarty kresowiec po ojcu Hucuł, po matce Wilniuk. Za co oberwałem po głowie od stryjenki ojca mokrą szmatą do mycia statków po posiłku, pralek wtedy nie było, bo jej zdaniem bratanek męża popełnił mezalians żeniąc się z Wilnianką)

     
    • slowman

      27 czerwca 2016 o 06:30

      Bardzo dziękuje za obszerny i ciekawy wpis. Serdecznie pozdrawiam.

       
  13. ~Maria

    23 maja 2016 o 09:16

    Ahoj Kapitanie! Bardzo ciekawa pogawędka.Wszyscy jesteśmy uchodźcami – to prawda – wszyscy jesteśmy pielgrzymami. Pozdrawiam,Maria

     
  14. ~ula

    12 czerwca 2016 o 13:17

    Dużo optymizmu jest w Twoim wpisie.Pomóc potrzebującemu człowiekowi to konieczność i potrzeba serca, ale nie można pozwolić by ten stał się najeźdźcą.Żądał,narzucał swoje poglądy, mieszał się w edukacje, religię, wolność.Nie może Twojej żonie, siostrze, matce,przyjaciółce nakazywać noszenia szmat na głowie.Nie może bezkarnie gwałcić, bić i kraść.Takich imigrantów nie chcę widzieć.Pozdrawiam.Ula

     
  15. ~Vojtek

    21 czerwca 2016 o 05:40

    Kapitanie. Pisałeś, że cena 35 zł za jazdę Diabelskim Młynem za 25 złotych w Gdyni to dla Ciebie za dużo.
    Proponuje Ci pożyczkę hipoteczną na 25 lat! Będziesz mi zwracał 1 złotych rocznie przez 25 lat. A jak umrę to dług anulowany. Mam nadzieję, ze zamachu na mnie nie przeprowadzisz wcześniej?
    Pozdrowienia dla naszego Kapitana z nad Wisły Środkowej.

     
    • ~Vojtek

      21 czerwca 2016 o 05:42

      Pomyliłem się. Powinno byc 25 złotych za jazdę tym kołem w Gdyni!
      Pozdrowienia

       
    • slowman

      24 czerwca 2016 o 07:38

      Za taką kasę to nikogo nie zabiję. Pozdrowienia dla Vojtka znad Wisły Centralnej.