RSS
 

Archiwum - Marzec, 2016

Wszyscy jesteśmy emigrantami

29 mar

galion 1

Jakoś przezimowałem. Czuję wiosnę w kościach. Pora zacząć się ruszać. Chyba zacznę od odwiedzin Johna. Dawno mnie tam nie było. W „Tawernie Pod Wrakiem” znalazłem sporą grupę mówiącą po ukraińsku. Kobiety mężczyźni i dzieci. Wszędzie, na ławach, na podłodze a nawet na stołach pełno było ich tobołków, toreb, waliz i różnego rodzaju zawiniątek. Wśród nich zauważyłem starego Johna, który uwijał się serwując im makaron spaghetti z sosem pomidorowym. Zauważyłem, że nie kasował pieniędzy. Dziwne i nie spotykane u Johna. John zauważył mnie dopiero wtedy, gdy odnosił brudne talerze.

 

- A powitać szanownego kapitana w mych skromnych progach.

 

- Witaj, John. Co to za jedni? – spytałem skinąwszy głową na to dość egzotyczne towarzystwo.

 

 - Emigranci. To Ukraińcy, ale większość ma polskie korzenie. Są w drodze do obozu dla uchodźców.

 

 - Dajesz im makaron za darmo?

 

- Nie zupełnie. Rachunek mam przedstawić w Urzędzie Gminy.

 

- Jakieś 70 lat temu John, moi przodkowie jechali w bydlęcych wagonach ze Wschodu na Zachód, być może nawet z tych samych stron, co oni.

 

- Nie wiedziałem.

 

- Bo nie pytałeś Moi dziadkowie i babcie, a co za tym idzie i moi rodzice są uchodźcami. Pochodzą z małej wioski Łukowiec leżącej pod Lwowem. Kiedyś była tam Polska, potem CCCR, a teraz jest Ukraina..

 

- No właśnie kapitanie. Ciekawe, skąd się tam na Wschodzie wzięło takie nazwisko, jak Twoje?

 

 - Nie wiem John. Sam się nad tym zastanawiałem i kiedyś nawet dostałem taki list z Uniwersytetu Wrocławskiego z zapytaniem o moje pochodzenie i ewentualnie moje tzw. drzewo genealogiczne. Robili, bowiem, jakieś tam badania nad genezą polskich nazwisk.

 

 - I co? Doszli do czegoś.

 

 - Nie określili tego dość jasno, John, ale stwierdzili, że najprawdopodobniej wywodzimy się z rodu Wikingów.

 

 - Wielkie nieba, kapitan Wikingiem….

 

 - Już w dzieciństwie moi koledzy przezywali mnie  Batory, bo tak fonetycznie pasowało..

 

 - Ponoć Stefan Batory też był Wikingiem.

 

- A zatem w królu polskim też płynęła krew imigranta.

 

- Raczej najeźdźcy.

 

-.. Który jednak się zasymilował ze Słowianami.

 

- No, właśnie zasymilował. Przyjęli wiarę naszych ojców, nasze obyczaje, naszą kulturę i tylko ślad w postaci dziwnych nazwisk zupełnie niesłowiańskich po nich dziś pozostał.

 

- A wiesz co, John? Powiem ci, że ja już w szkolnej ławie siedziałem z uchodźcą. Był Grekiem. Nazywał się Chrisstotomos Charitos. Dla nas był Tomkiem. Jego rodzina musiała uchodzić ze swojej ojczystej ziemi po przymusowym wysiedleniu całej wioski. Za lewicowe poglądy rodziców Tomka groził im obóz koncentracyjny. Nie było wyjścia, musieli uciekać. Polska w tym czasie otworzyła granice dla wszystkich Greków. emigrujących w wyniku prześladowań. Tomek urodził się w obozie przejściowym dla uchodźców w Świnoujściu. Doskonale mówił po polsku, ale w jego domu rozmawiano wyłącznie po grecku. W szkole podstawowej siedziałem z nim w jednej ławce. Zaliczałem go w poczet moich najlepszych kolegów i przyjaciół. Pamiętam, jak dzielił się ze mną po kryjomu pod ławką z przyniesionymi z domu oliwkami i pomarańczami, w tych czasach niemal niemożliwych do zdobycia w PRL. Kiedy w Grecji przestała panować junta pułkowników i do rządu weszła demokratyczna partia  „Nea Dimocratia” z Karamanlisem na czele rodzina Tomka powróciła do swojej ukochanej ojczyzny. Pasją Tomka były samoloty. Potrafił rozpoznać każdy model samolotu przelatujący nad nami. Jego marzeniem było zostać w przyszłości pilotem.

 

 - A wiesz co, kapitan? Ja też mam przyjaciela uchodźcę.

 

 - Twoi przyjaciele John są moimi przyjaciółmi.

 

 - Poczekaj, poczekaj. Ten mój jest islamistą. Pochodzi z Iranu, ale twierdzi, że nie jest Irańczykiem, lecz Persem. Dzisiejsi obywatele Iranu to w głównej mierze potomkowie ludu, który najechał i okupował Persję. Dalej tak uważa, że Iran to terytorium okupowanej Persji.

 

 - Podobna historia, jak Indianie w Ameryce, czy Aborygeni w Australii

 

 - Tak, tylko że dziś prawdziwych Persów już nie ma. Wyginęli albo rozproszyli się po świecie, jak mój przyjaciel właśnie.

 

 - Tak, jak Cyganie. Dziś prawdziwych Cyganów też nie ma.

 

 - Tyle, że Cyganie wędrują po świecie po świecie ze swojej własnej woli. Mój przyjaciel musiał uciekać z Iranu, bo Chomejni powołał go do wojska i przydzielił do plutonu egzekucyjnego. Uciekł z wojska i za to zaocznie nadano mu wyrok śmierci. Uciekł do Polski, bo wtedy nasz socjalistyczny kraj był dość szczelną ochroną przed islamskimi ekstremistami, którzy wierzą, że  zabicie mego przyjaciela przyniesie im chwałę w Niebie. Nawet dziś, choć anulowano mu wyrok śmierci, nie wiem czy mogę zdradzić jego imię. Mieszka w Polsce. Ożenił się  z Polką. Mają piątkę dzieci. On chodzi w niedzielę do meczetu, a żona i dzieci do kościoła. On o 12-tej  modli się na dywaniku zwrócony twarzą w stronę Mekki, a ona na tym samym dywaniku odmawia Anioł Pański zwrócona w stronę Częstochowy.

 

- Wszystko można pogodzić tam, gdzie panuje miłość i tolerancja. Chociaż mnie z trudem przychodzi pogodzić się z pewnym epizodem w mojej przeszłości związanym z uchodźcami.

 

- zamieniam się w słuch, kapitan.

 

- Po ukończeniu Akademii Morskiej  w Szczecinie chciałem nabrać jakiegoś doświadczenia i włóczyłem się po Europie mustrując się z jednej łajby na drugą i pewnego razu los rzucił mnie do brzegów Estonii. Estonia wtedy gniła w marazmie komunizmu. Pamiętam, jak siedząc sobie w tawernie w Tallinie niemal napastowała mnie grupa kilkudziesięciu Estończyków, którzy kupili jakiś stary okręt i chcieli nim uciec najpierw do Szwecji, a potem do Ameryki.  Jak to się mówi, byłem młody i głupi. Pochlebiało mi to, że zwracali się do mnie per kapitan. Ci wszyscy ludzie byli zdeterminowani, pamiętam matkę z trzymiesięcznym dzieckiem na ręku, śliczną czarnowłosą dziewczynką. Błagała mnie ze łzami w oczach, bym się zgodził przeprowadzić statek przez ocean ratując ją samą dziecko i męża przed zsyłką do łagrów syberyjskich, bo muszę ci powiedzieć John, że miałem do czynienia z elitą dysydentów estońskich uważających Rosjan za okupantów. Jakież to było dla mnie znajome. No, i jak tu nie pomóc było nie było braciom w niedoli, takiej samej, a może jeszcze gorszej aniżeli tej naszej, polskiej. Statek był w kiepskim stanie. Poszycie prawie przegniłe. Zaopatrzenie w prowiant marne. Z przyrządów nawigacyjnych miałem jedynie sekstant, kompas, zegarek i kiepskie mapy. Całe szczęście, że nawigacja w Akademii Morskiej stała na wysokim poziomie. Przez pierwsze dni było nawet nieźle. Zrobiłem cztery i pół tysiąca mil bez większych problemów. Jednak potem zaczęło się piekło. Jakieś półtora tysiąca mil na południowy zachód od Florydy na horyzoncie zobaczyłem czarne chmury. Powiało wiatrem nieprzyjemnym, który w krótkim czasie zamienił się w prawdziwą wichurę. Wysiadła radiostacja, a więc nici z ewentualnego S.O.S. Nie miałem barometru, ale i bez niego wiedziałem, co mnie czeka. Uderzenia fal nadwyrężyły burty okrętu i rozluźniły deski poszycia. Żaglowiec zaczął przeciekać. Woda wdzierała się z dołu i góry, bo lało niemiłosiernie. Kazałem zamknąć wszystkie włazy i luki. Pompy nastawione na „ful” nie dawały rady. Mężczyźni wylewali wodę wiadrami podając je sobie z rak do rąk. Kobiety wylewały wodę garnkami i patelniami. Pomieszczenie, w którym znajdował się silnik do połowy było zalane wodą. Silnik o dziwo pracował, ale rozgrzany emitował niezliczone ilości pary. Tu mężczyźni również wylewali wodę. Kobiety i mężczyźni swoim odzieniem, a jeśli i to nie pomagało, to własnymi ciałami zasłaniali szczeliny przez które sączyła się woda.   Z przerdzewiałych, nieszczelnych  zbiorników  z wodą słodką pozyskiwano wodę zmieszaną z wodą morską i fekaliami. Ludzie, a zwłaszcza dzieci zaczęli chorować, głównie na dyzenterię. Przed kingstonem, podobnym do wiejskiego wychodka w gospodarstwie mojego dziadka, powiadam ci John, brakowało tylko tego wyciętego w deskach serduszka, nieustannie stała kolejka. Pod pokładem panował zaduch, smród nie pranych pieluch,  potu, wymiocin i ekskrementów. Był nie do zniesienia. Po czterech dniach walki z żywiołem ludzie słaniali się z wycieńczenia, ale nadzieja na ocalenie nigdy ich nie opuściła, a dnia piątego zajaśniała całą swoją mocą. Morze się uspokoiło. Otwarto wszystkie luki i włazy. Zaczęliśmy uszczelniać wszystkie szczeliny pakułami i smołą. Statek nadal przeciekał, ale pompy dawały już radę. Okręt wysechł na tyle, że ludzie a zwłaszcza dzieci wracały powoli do zdrowia. Nie mniej jednak straciłem kilku ludzi wśród pasażerów. Co najmniej dwóch fale zmyły z pokładu za burtę, reszta zmarła z wycieńczenia i biegunki. Niestety zmarła też i ta czarnowłosa dziewczynka, której matka tak mnie błagała o zgodę na ten rejs. Dziś, John z perspektywy czasu uważam to za cud, ale pomimo to wciąż mam ten obraz rozpaczającej matki pochylonej nad martwą czarnowłosą trzymiesięczną córeczką. Po kilku następnych dniach dowlekliśmy się do portu w Jackonville i tam okręt zatonął. Ocalało 54 Estończyków, którzy po kilkumiesięcznej kwarantannie rozjechali się po całych stanach Zjednoczonych, a niektórzy z nich trafili nawet do Kanady.

 

 - Nie lada wyczyn, kapitan. Jesteś bohaterem.

 

- Ja się tak nie czuję, John. Wolałbym po stokroć tonąć podczas sztormu, aniżeli patrzeć przez kilka dni na zwłoki kilkumiesięcznej dziewczynki i na zrozpaczoną matkę.                

 

- No, ale my tu gadu, gadu, a piwo się grzeje.

 

 - Oj tak, Jon. Polewaj bo zaraz muszę  już iść. Mam umówioną wizytę u fryzjera.

 

- U tej Ukrainki.

 

 - Skąd wiesz?

 

- Też tam chodzę.

 

- Biedna, musiała zostawić wszystko i uciekać przed wojną razem z dziećmi. Mąż zginął na froncie.

 

 - Ale strzyże dobrze, no i jest ładna.

 

 - Aż kusi by poflirtować, dlatego chodzę do niej razem z żoną, by nie kusiło. Swietłana wtedy w promocji strzyże mnie za darmo kasuje jedynie żonę.

 

 - No popatrz kapitan, jak to koło się zamyka. Płynie w tobie krew Wikingów, twoje korzenie pochodzą z ukraińskiej ziemi, która kiedyś była Polską, a teraz idziesz do fryzjerki, która być może pochodzi z tych samych okolic, co twoi rodzice.

 

 - bo my wszyscy jesteśmy uchodźcami John.

 

- No właśnie. Zapomniałem, że ty sam włóczyłeś się po świecie za chlebem.

 

 - Bogu dzięki, że osiadłem w końcu na mej ojczystej dolnośląskiej ziemi.

 

- Zaiste, wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.  

 

- Ahoj, John!

 

- Ahoj, kapitan!       

 

                                      

 

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii