RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2014

Dziadek

27 gru

dziadek 1

Zawsze nadchodzi w końcu taki czas,
Spada nagle jak dziejowej burzy grom,
Trafia i poraża wybierając kogoś z nas,
Obwieszczając światu i nam jego zgon.

Stałym bywalcem „Tawerny pod wrakiem” był Michel. Jak wielu spośród nas miał tu swoje ulubione miejsce. Kiedy go poznałem byłem młodym świeżo upieczonym adeptem sztuki żeglarskiej i od samego początku naszej znajomości „dziadek”, bo tak tu go wszyscy nazywaliśmy urzekł mnie swoim charakterem opartym głównie na prostolinijnym działaniu ukształtowanym przez surowe, tradycyjne, góralskie wychowanie ustalone od wieków, bogate w niezaprzeczalne wartości moralne, przesiąknięte głęboką religijnością, ale jednocześnie niestroniące od humoru, groteski i dobrej zabawy. Był w tawernie duszą towarzystwa. Wszyscy go lubiliśmy. Choć jego cienki, ostry dowcip raził niejednokrotnie niemal każdego z nas, to jednak nie sposób było się na niego obrazić. Niezwykle rozmowny dzielił się z nami barwnymi opowieściami wziętymi żywcem ze swojego i nie swojego życia wypalając przy tym mniej więcej połowę paczki papierosów i wypijając pięć piw, zawsze pięć piw, ni mniej, ni więcej. Dziadek nie był żeglarzem. Swoje dzieciństwo i młodość spędził w górach uganiając się za dziewczętami, chodząc na baciarki i zabawy, ale i doświadczając ciężkiej pracy związanej z życiem na wsi w surowym klimacie raz po raz nękanym przez nieobliczalne oblicze natury. Ten sielankowy byt został brutalnie przerwany przez powołanie do służby w ludowym wojsku polskim. Jego jednostka została skierowana do walk z ukraińską powstańczą armią. Dziadek należał do nielicznych, którzy wyszli cało z tej wojennej zawieruchy i jak sam twierdził dzięki Matce Boskiej z Wojakowej, przed której malarskim obliczem złożył przysięgę, że jeśli go ocali, to do końca swego życia będzie do niej przyjeżdżał każdego roku na Wniebowstąpienie na odpust złożyć Jej hołd. W Wojakowej był 68 razy. Ostatni raz w 2014 roku. Może to i dziwne, na pewno zastanawiające, ale właśnie tyle samo lat spędził u boku swojej jedynej żony, którą kochał z całego serca i troszczył się o nią do końca swoich dni. Zawsze wobec niej wierny, zawsze uczciwy, tak jak przysięgał przed Bogiem na ślubnym kobiercu. Biedna Mary, również powalona przez chorobę została sama. Bezsilność ciała nie pozwoliła jej pójść na pogrzeb męża.
Po wojnie dziadek pracował w zakładach mięsnych, jako konwojent. Swój wolny czas poświęcał przede wszystkim rodzinie, ale także również swoim pasjom, którymi były konie, gołębie i ogródek. Każdej niedzieli odprawiał niezmienny rytuał: poranna msza, karmienie gołębi i wyścigi konne, na których obstawiał gonitwy groszowymi stawkami i cieszył się jak dziecko, gdy jego koń wygrywał dla niego grosze. Za te grosze kupował swoim dzieciom, a później swoim wnukom cukierki. Wieczorem zaś, zachodził do „Tawerny pod wrakiem”, gdzie wypalając połowę paczki papierosów i wypijając swoje pięć piw opowiadał nam starodawne dzieje o żołnierzach znad kresowych stanic, o obrońcach naszych polskich granic i o młódkach, lotach i oblotach i o koniach, gonitwach i o obstawianych trójkach, jedynkach, dwójkach i porządkach. Relacjonował wszelkie przejawy bliższego i dalszego życia społecznego dodając oczywiście swój osąd w danej sprawie, często nie szczędząc przy tym ostrej krytyki nieobyczajnego zachowania. Szczerze w duchu lubiłem go właśnie za to, że walił prawdą wszędzie na boki i podziwiałem fakt, że ta prawda w żaden sposób mu nie zaszkodziła, nie powaliła, jak wielu innych, którzy próbowali się z tą prawdą zmierzyć.
Pogrzeb był w sobotę. Synowie i wnuki na własnych ramionach i na własne życzenie nieśli trumnę dziadka, któremu w jedną rękę dali różaniec, a w drugą rękę program gonitw na najbliższą niedzielę, bo a nuż tam w niebie też będzie można obstawiać. Koledzy gołębiarze, zebrawszy wcześniej dziadkowe i swoje gołębie w drewniane skrzynie wypuścili je, gdy trumna schodziła w grobową czeluść. Dziewięćdziesiąt ptaków, czyli tyle, ile dziadek przeżył lat wzleciało w powietrze wspomagając anielski orszak w uniesieniu dziadkowej duszy do nieba. A potem poszliśmy całą tawernową kompanią do Mary złożyć jej kondolencje i każdy z nas opowiadał o tym, jaki to wspaniały pogrzeb miał dziadek. A potem wszyscy, jak jeden mąż poszliśmy do „Tawerny pod wrakiem”. Tam, w miejscu, gdzie zwykle siedział dziadek, John nakrył stół białym obrusem. Na stole postawił kufel okocimskiego, a obok niego popielniczkę i paczkę papierosów. Wyjął z niej jednego, zapalił i odłożył na popielniczkę. A potem John ważył i nosił nam pieniste kufle piwa, a my wznosiliśmy je w górę i patrząc w stronę białego obrusa wychylaliśmy je w toaście za spokój duszy dziadka. John co jakiś czas zapalał kolejnego papierosa, odkładał go na popielniczkę, zabierał kufel ze stołu i wylewał jego zawartość do zlewu, po czym ważył nowe piwo dla dziadka i umieszczał je na białym obrusie. I my piliśmy swoje kolejne piwa, wznosząc co jakiś czas toast za duszę dziadka i kiedy John wylał do zlewu piąty kufel, a w popielniczce spoczęło mniej więcej dziesięć wypalonych petów stary John wyszedł zza kontuaru, otworzył drzwi tawerny i donośnym głosem oznajmił: – Mości panowie! Dziadek wychodzi!. Wtedy my wszyscy powstaliśmy z miejsc i odprowadzając wzrokiem niewidzialną duszę dziadka zaśpiewaliśmy jej ostatnią szantę na melodię „Alleluja” Cohena, czyli tę, którą zawsze śpiewamy naszym marynarskim braciom w ich ostatniej drodze do Hilo.

Alleluja

Żeglarzu stary żegnaj nam,
Wędrówki Twojej nadszedł czas,
Za fałdy chwycisz dziś ostatni raz,
Wyruszasz dziś w cudowny rejs,
Do Hilo płyniesz noc i dzień,
Tam szczęście znajdziesz wieczne – Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

Do Hilo każdy dotrzeć chce,
Gdzie bryza marszczy fali grzbiet,
Gdzie spokój, cisza, szczęście wokół jest,
W tawernach śpiew, zabawy czas,
Kompanów zawsze pełen bar,
A w duszy radość zagra – Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

Niech marzeń czar prowadzi Cię,
Niech szczęście wieczne spełni się,
Niech uśmiech zawsze lśni na twarzy Twej,
Pożegnań dziś nadchodzi czas,
Śpiew mew niech niesie Cię do gwiazd,
Więc żegnaj Bracie nasz, Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pan Karp

16 gru

Pan Karp

– Witaj John, wiesz ja chyba już ostatni raz w tym roku jestem u ciebie w „Tawernie Pod Wrakiem”. Jutro wyruszam w 10-dniowy rejs powrotny do domu.. Cała moja barka załadowana karpiami. 30 ton karpa z Pomorza Zachodniego trafi dzięki mnie na Dolny Śląsk. Stawy Milickie nie dają rady sprostać zapotrzebowaniom dla Wrocławian
– 30 ton? I to żywe?
– Tak, John żywe, jako żywo.
– W wodzie?
– Tak, Johnie.
– No to masz pływający staw.
– Owszem, bardzo niewielki, ale masz racje, to jest staw, a właściwie stawek.
– To się opłaca?
– Musi, John. To konieczność. To obrona przed czeską konkurencją. My, Polacy jesteśmy największym producentem karpia w Europie. Rocznie jesteśmy w stanie wyprodukować od 15 do 18 tyś ton karpia. 80 % tej produkcji trafia na nasz rynek w okresie przedświątecznym, 10 % eksportujemy do Niemiec, pozostałe 10 % zjadamy w ciągu roku. Polscy hodowcy są w stanie zaspokoić w 100% zapotrzebowanie Polaków na karpia na wigilijnym stole, a mimo to Czesi są w stanie wepchnąć nam te swoje przerośnięte ryby. We Wrocławiu co dziesiąty karp, to karp czeski. Ach, John, nagadałem ci o tych procentach, więc polej mi jakieś procenty, bo w gardle mi zaschło.
– No to trzeba im zrobić kontrolę weterynaryjną, tak jak oni robią nam i coś im z tego zakwestionować. – powiedział John, stawiając przede mną szklaneczkę z trunkiem.
– Wiem do czego zmierzasz John, Czeskie służby weterynaryjne kontrolują niemal wszystkie nasze produkty spożywcze, ale sami Czesi chętnie je kupują, bo są lepsze od ich rodzimych . Problem w tym, John, że żywy karp nie jest żywnością. Nie ma żadnych uregulowań prawnych mogących powstrzymać ten proceder. Owszem są zalecenia, ale żadne z nich nie ma mocy prawnej. Karpie, jeśli nie wykazują objawów chorobowych mogą wjeżdżać do Polski bez przeszkód .
– Czym różni się czeski karp od naszego?
– Widziałeś John stawy milickie?
– No to proponuję ci je odwiedzić. Tam zobaczysz jak żyje sobie polski karp, Pan Karp, a potem pojedź do Czech i zobacz w jakich kałużach są hodowane ich karpie. Ich karpie śmierdzą mułem i nawet sami Czesi twierdzą, że karp, którego nie czuć mułem nie jest godny zainteresowania.
– Co kraj to obyczaj.
– No to niech sobie jedzą te swoje śmierdzące, ale niech nie wciskają ich na nasz polski stół.
– Jeszcze jedno, kapitan. Powiadasz, że wieziesz żywe karpie. Czy to nie za wiele zachodu? Może lepiej dać sobie spokój ze sprzedażą żywego karpia?
– John, żywy karp na Święta to nasza i nie tylko nasza narodowa tradycja. Już na Dalekim Wschodzie uważanym za kolebkę gospodarki stawowej w Japonii i Chinach już 5000 lat p.n.e. stosowano masowy wychów ryb, w starożytnym Rzymie były tzw. pisciny czyli sadzawki, gdzie trzymano ryby na liczne biesiady. Pierwsze historyczne wzmianki o karpiu w stawach pochodzą z klasztorów Bawarii z X wieku oraz Czech i Moraw z XI wieku. W Polsce hodowlę karpia rozpowszechnili o.o. Cystersi budując staw hodowlany w Jędrzejowie w 1140 roku i w mogile pod Krakowem w 1218 roku. Na Dolnym i Górnym Śląsku koło Opola, Niemodlina, Milicza zakładali stawy karpiowe o.o. Templariusze i o.o. Benedyktyni. Również królowa Bona wybudowała w 1560 r. staw liczący 460 ha koło Knyszyna. Dziś nazywa się on stawem Zygmunta Augusta. Pan karp jest stary jak świat John.
– No dobra, kapitan, ale czy musi być on na Święta być sprzedawany żywy?
– Musi John. Jak ci już wspomniałem 80 % całej polskiej produkcji karpia trafia na nasz rynek krajowy w okresie przedświątecznym. Tu pojawiają się problemy związane ze wstępnym przetwarzaniem karpia i przetrzymywaniem w warunkach chłodniczych (0-2°C). Okres przechowywania mięsa karpia w warunkach chłodniczych wynosi 7 dni. W ciągu 1 godziny pracownik produkuje 10 – 35 kg fileta karpia, bo dominuje tu obróbka ręczna. Teoretycznie do przetworzenia w ciągu 1 tygodnia całości sprzedawanego karpia należy zatrudnić 2850 pracowników pracujących przez 7 dni po 8 godzin dziennie, co przy pracy na trzy zmiany potrzebne by było 950 stanowisk pracy spełniających wysokie wymagania sanitarne. Wniosek jest tylko jeden: to nierealne John.
– No, ale gdzie tu tzw. dobrostan karpia?
– Karp ma niebywałe możliwości adaptacyjne w sytuacjach niedoboru tlenu. 30 % tlenu atmosferycznego karp może pobrać przez skórę. Spokojnie możemy przenieść go do domu w zwykłej foliowej torbie nawet przez 2 godziny pod warunkiem, że torba będzie nie zawiązana, a karp utrzymywany w naturalnej dla niego pozycji czyli w pozycji pionowej. Nie ma uwarunkowań prawnych John przy sprzedaży bezpośredniej żywego karpia. Istnieją tylko zalecenia, ale o ile są one spełnione dobrostan karpia może być zachowany.
– Ponoć w Unii gadają o zakazie sprzedaży żywego karpia. Prawda to kapitanie?
– Nie wiem John, ale to by była katastrofa dla polskiego rybaczenia John. To byłby koniec polskich stawów, polskiej ryby, a na Boże Narodzenie serwowano by nam karpiowate badziewie z Chin. Chiny na to tylko czekają. Już teraz produkują 75 % całej światowej produkcji karpia.
– Boże uchowaj, kapitan. Polać jeszcze?
– Polewaj John, polewaj, ryba wszak lubi pływać. Ahoj!

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii