RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2014

Odra moja miłość

19 cze

1-Mi-3 236

 

 

 

 

 

Prosto z Urzędu Morskiego w Szczecinie udałem się do tawerny „Pod wrakiem”. Nie ściągnąłem nawet munduru, bo tak szybko chciałem zanieść najnowsze wieści z morza.

 - A powitać szanownego kapitana – zagadnął John, – ale czemuż to w moich skromnych progach zachodzisz w pełnej gali.

 - Bom bezpośrednio z „urzędu” idę, i powiadam ci John, że wielkie rzeczy dziać się będą na naszych zachodnich rubieżach.

 - Co, wojna będzie? – spytał żartobliwie John.

 - Prawie, ale, ale Johnie, podsłuchu tu jakiegoś przypadkiem nie masz?

 - A co, kląć będziesz, kapitanie?

 - Kląć to nie, ale wiesz decyzje zapadają na górze i póki nie stają się faktem, są tajne.

 - Kapitanie, ja pluskwy raczej tępię, a nie podkładam, ale za tajniaków i agentów nie ręczę. Różni tu przychodzą, nie to jak kiedyś, kiedy czuliśmy się tu jak sami swoi…no to, co to za wieści? A może polać?

 - Nie John, dzięki, nie w mundurze.

 - Racja, no to gadaj, co tam w „urzędzie”?

 - Odra, John. Odra stanie się wreszcie w pełni żeglowna. Polacy, Niemcy, Czesi, Szwedzi, a nawet Anglicy chcą by miasta nad Odrą były miastami portowymi i miały realne połączenie z Bałtykiem.

 - Wrocław ma status miasta portowego jeszcze „za Niemca”.

 - No właśnie John, właśnie. Kiedyś barki wypełnione śląskim węglem pływały od Opola do Szczecina, a dziś jeno tylko do Słubic, a i to niezbyt często.

 - Fajna to sprawa, kapitanie, ale wielce trudna i chyba raczej odległa. Na to trzeba wiele kasy i jeszcze więcej czasu, by żeglować Odrą.

 - Wiem John, i właśnie stąd ta moja mundurowa gala. W „urzędzie” spotkaliśmy się z przedstawicielami z Kampanii Europejskiej i oni też się żywo zainteresowali tematem.

 - Ty, kapitanie tez widzę jesteś jakiś taki napalony na ten temat.

 - No właśnie, dlatego cię pytałem, czy nie masz tu, jakiego podsłuchu. Zdradzę ci, bowiem w sekrecie, że i mnie chcą wkręcić w ten projekt. Chcą bym i ja miał udział w tym biznesie.

 - I co, pójdziesz na to, kapitanie?

 - Wiesz John, starzeję się. Trochę mam dość tułaczki po świecie. Wiem, ze to nie jest wielka żegluga, a raczej śródlądowo – bagienna, ale za to we własnym kraju.

 - No i u mnie byś częściej bywał.

 - W rzeczy samej, John. W rzeczy samej.

 - No powiedz mi kapitanie, ile trza wyłożyć.

 - Nie mogę, John, ale staram się o wsparcie, no, ale o tym to ja w knajpie gadał nie będę. Nie wiadomo, bowiem jakie i czyje taśmy się tu kręcą.

 - No to powodzenia kapitanie na odrzańskim szlaku.

 - To jeszcze daleka droga. Tymczasem mogę ci dać nieco pysznej argentyńskiej wołowiny.

 - Z chęcią, kapitanie. A może przysadzić ci jakiegoś steku z niej?

 - Nie dzięki, John, ale powiem ci, dlaczego ta wołowina uchodzi za najlepszą na świecie. Dlatego, John, że tam woły pasą się na wielkich bezkresnych pastwiskach na stepach porośniętych naturalną i nienawożoną trawą. Ta wołowina pachnie stepem, a nie kiszonką z kukurydzy i ma kolor zachodzącego słońca, a nie gliniastej ziemi i smakuje, jak prawdziwe mięso, a nie jak gumiasta  podeszwa.

-Zniknęły woły i krowy z naszego polskiego krajobrazu, choć ponoć jest tego u nas około trzech milionów.

 - Ale pod strzechą, John, pod strzechą. Nieba i świeżej trawy to one przez całe swe życie nie widzą. Dobranoc John.

 - Dobranoc, kapitanie. Zapraszam jutro na „Dni Morza” do mojej tawerny. Będą szanty i świeże prawdziwe piwo.

 - W takim razie do jutra, John.

 - Ahoj, kapitan

 - Ahoj, John.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Produkty lokalne

01 cze

DSC08312

 

- W samą porę kapitanie przybywasz – od samego progu tawerny powitał mnie stary John. – zdążyłeś na pogrzeb generała.

 - Wcale nie chciałem. – odparłem.

- Wiem, wiem…mieliście z nim na pieńku, co?

- Było minęło John, nie żywię urazy. Tym bardziej do nieżywych.

 - Ty może kapitanie tak, ale inni nie.

 - Sądy ludzkie, mój miły Johnie stoją niżej nad sądami boskimi, a tu nasz generał ma pewne szanse.

 - Nasz?

 - Jest katolikiem, John, chrześcijaninem. Tak jak ja, a więc nasz.

 - Żartujesz kapitanie.

 - Generał przed śmiercią przyjął sakrament pokuty, Eucharystii, i ostatniego namaszczenia.

 - Tak wszystko w jednym? Jak w pakiecie promocyjnym hipermarketu? Kościół na to idzie?

 - Nie Kościół John, ale sam Bóg na to idzie. Tak wielkie jest Jego Miłosierdzie.

 - Pewnie Pan Bóg daje ludziom nieprawym tak długie życie, aby dać im szansę poprawy.

 - W rzeczy samej John, i generał tę szansę wykorzystał.

 - Tuż przed zamknięciem ziemskiego urzędowania.

 - Zmieńmy lepiej temat Johnie. Mam dla ciebie wyśmienity ser z Argentyny. Chcesz spróbować?

 - No jasne, dawaj kapitanie.

  Rozwinąłem białe płótno na ławie. John poszedł po talerze i kufle z piwem. Kiedy je tak stawiał na stole mogłem podziwiać jego minę wyrażającą pomieszanie uczucia zdziwienia, obrzydzenia i konsternacji.  Ser, bowiem przypominał spleśniały pożółkły kamień i śmierdział, jak sto par niepranych skarpetek.

 - Chyba straciłem apetyt, kapitanie – odparł po dłuższej chwili.

 - John, to tylko tak wygląda. Ręczę, że smakuje o wiele lepiej.

Wziąłem nóż do sera, z pewnym trudem odkroiłem kawałek i podałem Johnowi na talerzu do spróbowania. Biedny stary John przełamując odruch wymiotny przeżuwał mały kęs sera w ustach, ale nie krzywił się zbytnio. Ser miał specyficzny smak, ale dość typowy dla wszystkich podobnych wyrobów i był rzeczywiście o niebo lepszy niż jego wygląd.

 - No masz rację, kapitan. Zjadliwe to to jest.

 - To produkt lokalny John oparty na prastarej recepturze pochodzącej jeszcze z V wieku naszej ery. Ten ser wytwarzali Brytowie za czasów Króla Artura.

  – Mówiłeś kapitanie, że przywiozłeś go z Argentyny.

 - A to też ciekawa historia. Otóż recepturę tego sera niejako ukradli Rzymianie, bo świetnie nadaje się on długiego przechowywania w niezbyt życzliwych dla środków spożywczych warunkach. Jednym słowem był on na wyposażeniu wielu rzymskich legionów, a jeszcze wcześnie brytyjskich włóczników. Potem włoscy emigranci przywieźli ze sobą tę recepturę do Argentyny. Jak wiesz, John Argentyna słynie z hodowli owiec i owczych serów. Szybko, zatem i tam się zaaklimatyzowała produkcja tego oto produktu, który ma nawet certyfikat.

  – Dziś wszystkie niemal szanujące się produkty lokalne mają swoje certyfikaty, kapitanie.

 - Z tym był pewien problem.

 - Jaki.

 - No, jakby ci to powiedzieć John, problem dotyczy owej właśnie receptury. Otóż kochany Johnie ten ser jest zawijany w liście pokrzywy i dojrzewa on przez pół roku w baranim moczu. Zdradziła mi to gospodyni hacjendy, w której się zatrzymałem na czas pobytu w Argentynie. Ona właśnie wytworzyła ten ser, który teraz jemy i sam widziałem, jak posyła swego męża do owczarni po barani mocz.

 - Kaptanie, muszę się napić i to nie piwa, lecz najmocniejszego jamajskiego rumu. Inaczej zaraz się porzygam.

 - a pij Wać, a i mnie nalej. Myślisz Johnie, że te nasze lokalne oscypki to niby lepsze.

 - A pewnie, że lepsze – odparł John i już nalewał szklanice z białym rumem – przynajmniej nie ma w nim moczu baraniego.

 - I tu się mylisz Johnie. Wiesz, jak się doi owce na hali? Juhasi doją do tych swych cebrzyków nie tylko mleko, tam wpadają też i owcze bobki i właśnie mocz, bo owca nie wybiera sobie pory sikania, sika, kiedy chce i gdzie chce. Powiadają nawet, że to właśnie ten posmak owczych bobków i moczu jest swoistą pieczęcią oryginalności lokalnego produktu.

 - To ty się mylisz kapitanie. Wiem o tym doskonale, jak się doi owce i wiem, że tam wpada do cebra nie tylko mleko, ale tu nie masz racji, mój kapitanie.

 - To w czym rzecz, John?

 - Ano w tym, że jak sam powiadasz gospodyni wysłała swego męża po barani mocz, a ja nie widziałem jeszcze barana, który pozwoliłby sobie nawet na samo zbliżenie do swoich genitaliów innemu facetowi, nawet, jeśli on jest gospodarzem.

 - Co ty mi tu suponujesz, John.

 - Ano, jeno tylko to, że dla świętego spokoju, co by babę zadowolić i nie ryzykując życia od rogów barana przyniósłbym mocz swój własny. 

 - John! Polewaj, ano szybko, bo się zaraz porzygam.

    

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii