RSS
 

Archiwum - Maj, 2014

Kenijska zaraza

01 maj

1558538_696627640399981_834217340_n

Stary John zrobił wielkie oczy ze zdziwienia, kiedy w niecałe dwa tygodnie po wypłynięciu w morze zobaczył mnie ponownie w progach „Tawerny Pod Wrakiem”.

 - A cóż to się stało mój miły kapitanie, że tak rychło z morza wracasz?

 - Ach Johnie, szkoda gadać. Popłynąłem na Wschód z towarem i ludy Wschodu, i to tego całkiem bliskiego, precz mnie zawrócili.

 - Towar im się nie podobał?

 - Ależ skądże, John. Towar mam przedni, jak zawsze.

 - No, to o co chodzi?

 - Nawet trudno mi w to uwierzyć, John. W czasie rejsu zachorowało dwoje ludzi z mojej załogi. Kiedy dotarłem do celu podróży, poprosiłem portowego lekarza, by ich zbadał i tenże lekarz stwierdził, że są oni zarażeni jakim dzikim wirusem rodem z Afryki. Obawiając się wybuchu epidemii kazali mi się czym prędzej zabierać i nie pokazywać się, aż do odwołania. Szkoda wielce, bo handel ze Wschodem był u mnie znaczącym biznesem.

 - Afrykański wirus?

 - No, sam w to nie wierzę. Myślę, że ktoś specjalnie mi tę świnie podłożył, chcąc, albo wykopać mnie z rynku, albo mnie ukarać.

 - Ukarać, ale za co?

 - Za solidarność John, za solidarność.

 - Kapitanie, za solidarność to już u nas dawno przestano karać. Te czasy minęły u nas bezpowrotnie.

 - No właśnie John, u nas tak, ale nie u nich.

 - No i co teraz?

- Nie wiem John. Naprawdę nie wiem. Towar mi się psuje, traci na wartości, a ja nie mam gdzie go sprzedać. Do tego jeszcze dochodzi ścisła kwarantanna załogi. Całkowity zakaz swobodnego przemieszczania się poza obręb zamieszkania i regularne badania na obecność wirusa. Jestem uziemiony John.

 - A niech to, kapitanie. Chyba muszę ci polać.

 - No jasne John, dawaj. Musze jakoś zabić tę zarazę, jeśli jest ona we mnie.

 - No, ale kapitanie, powiedz mi, skąd ona się w was wzięła?  

 - Staliśmy kiedyś w Mombasie. Ja chciałem pobiegać z Kenijczykami, a załoga pofiglować z Kenijkami. Tam się chłopcy mogli zrazić.

 - A tyle się mówi o zdrowym trybie życia, że o zdrowym seksie nie wspomnę.

 - Ach John, te Masajki naprawdę były warte grzechu, ale teraz na własne oczy widzę, do czego doprowadza zbytnia swawola. Ale, ale a pro po patrzenia. W drodze powrotnej z Mombasy wzięliśmy pasażerkę. Mówię ci John, taka laska – tu zrobiłem wymowny gest rękoma – posłałem ją od razu na liny, by chłopcy mogli sobie trochę popatrzeć, bo od dziś to oni mają zakaz wszelkich kontaktów fizycznych z tubylcami. O, mam nawet jej zdjęcie, pokaże ci..

 - No, faktycznie ma dziewczyna prezencję.

 - No i talent. Ponoć bezkonkurencyjna w tańcu na rurze. Niestety maszt okazał się rurą zbyt grubą, więc z konieczności wybrała taniec na linie.

 - Ponoć taniec na rurze ma być w przyszłości dyscypliną olimpijską.

 - Dlatego dziewczę trenuje gdzie popadnie. Marzy o medalu.

 - No dobra kapitanie, wracając do tematu, to może skoro nie możesz płynąć na Wschód, to może pływaj na Zachód.

 - Zachód też spalony. Woziłem tam artykuły dla specyficznej grupy odbiorców wymagających rytualnego traktowania towaru. Na tym się nawet całkiem dobrze zarabiało, no ale się skończyło.

 - A to dlaczego, kapitanie?

 - Bo w tej branży nasza władza zakazała rytuału.

 - Co zatem poczniesz, kapitanie?

 - Sam nie wiem, John. Chyba będę musiał zmienić orientację.

 - Co takiego?

 - Spoko, John. Mam na myśli orientację kierunkową. Skoro nie mogę pływać ze Wschodu na Zachód, to będę pływał w kierunku Północ – Południe. Jak tylko dostanę status wolnego od zarazy, wyruszam w drogę do Argentyny.

 - Po co, kapitanie.

 - Po wołowinę John. Najlepszą wołowinę na świecie. Będę ją sprowadzał dla moich starszych braci w wierze.

  

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii