RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

W Krainie Smoka

12 kwi

 

 

 

 

 W miesiącu rozpoczynającym Rok Drewnianego Konia wpłynąłem na szerokie wody Morza Południowochińskiego, Wschodniochińskiego i Morza Żółtego. Z Krainą Smoka wiązałem tę nadzieję, że to właśnie będzie moje Eldorado. To miał być wielki powrót do źródeł, do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Tak miało być, lecz stało się zupełnie inaczej. Praca okazała się pracą w korporacji, gdzie niepodzielnie panował wyścig szczurów. Te szczury nie tylko się ścigają, ale gryzą się ze sobą wzajemnie niemiłosiernie. Tej rywalizacji nie mogłem wygrać. Odpadłem w przedbiegach już po miesiącu. Z wielkim trudem musiałem się pogodzić z rozstaniem z wyczarterowanym na pół roku pięknym okrętem tracąc wpłaconą kaucję za przedwczesne rozwiązanie umowy. Znów pływam małym stateczkiem, tym razem pod banderą Gryfa, za to z prawdziwymi przyjaciółmi, których poznałem wiele lat temu i którzy okazali się być tymi prawdziwymi, bo sprawdzonymi w biedzie. To pozwala mi na małą stabilizację i na odwiedziny „Tawerny pod wrakiem” bez konieczności zaciągania kredytu u starego Johna.

- Witaj Johnie! Zawołałem radośnie od samego progu.

- A wszelki duch Pana boga chwali, toć to sam kapitan! Boć to azali kapitanie myśmy już kumali, co ty już na dnie oceanu jakiegoś sobie poczywasz.

- Witaj stary Johnie. Ja nie samolot i nawet gdybym był na dnie, to zawsze jakoś potrafię się odnaleźć, ale tak po prawdzie tonąłem naprawdę.

 - Aj, aj kapitan! Opowiadaj, już polewam.

 - Jak wiesz John po pożegnaniu się z załogą „Minerwy” i po prawie dwóch miesiącach pertraktacji z Chińczykami podpisałem wymarzony, jak mi się wydawało kontrakt, który powiódł mnie aż na morza chińskie i Morze Japońskie. Wyczarterowałem od Chińczyków piękny okręt o nazwie, a jakże by inaczej, Dragon”, który ludzie z Państwa Środka obsadzili polską załogą. Sądzili, bowiem, że kto, jak kto, ale Polak z Polakiem zawsze się dogadają, a tu chodzi przecież o dobry interes, jakim jest zysk dla nich i dla nas, no a poza tym ja nie znałem języka mandaryńskiego i z chińską załogą miałbym problemy z komunikacją. Tak uważali, a ja przyznałem im rację. Niestety jeszcze raz się przekonałem, że Polak z Polakiem nie potrafi się porozumieć nawet we własnym kraju, a na obcej ziemi ten problem urasta, do co najmniej wzajemnej niechęci, jeśli nawet nie nienawiści. Mówię ci John miałem na pokładzie typową emigrację z całej Polski nastawioną wyłącznie na kasę. Chcieli pływać szybko i dużo, nie bacząc na niebezpieczne wody, na złą pogodę, na przeciwne prądy. Kiedy chciałem pływać zgodnie z moim doświadczeniem i wiedzą o tychże wodach uważali, że jestem zbyt powolny, za wiele się zastanawiam i przez to oni za wiele tracą. Wiesz John, że donosili na mnie do Chińczyków? 

- a to szuje!

 - Ja jednak miałem kontrakt na rok. Nie można go było ot, tak sobie przerwać. Obawiałem się Johnie buntu załogi. Zupełnie jak w starych żeglarskich opowieściach. Stało się jednak inaczej. Płynęliśmy już do Qingdao, portu, w którym stacjonował „Dragon”. Stałem na wachcie w ciemną wietrzną noc opierając ręce na poręczy relingu, gdy nagle usłyszałem za sobą skrzypiący dźwięk, a zaraz potem silne uderzenie w głowę. Wyleciałem za burtę w czarną otchłań Morza Żółtego. Nikt nawet mnie nie szukał.

 - Kapitanie, czyżby zamach?-  Z niedowierzaniem spytał John.

 - Trudno powiedzieć John, ale myślę, że brzozowe drzewce bomu, które mnie walnęło w łeb powinno być znacznie wyżej, a nie było.

 - No i co dalej, kapitanie, opowiadaj, ja polewam. 

 - No oczywiście starałem się utrzymać na powierzchni. Darłem się w niebogłosy, ale nadziei to ja miałem za grosz. Już myślałem, że przyjdzie mi skończyć życie, gdy ujrzałem światło latarni okrętowej. W pierwszej chwili myślałem, że to „Dragon” wrócił po mnie, ale nie, to nie był „Dragon” To był okręt „Król Artur”. Rozpoznałem jego sylwetkę dosłownie w chwilę po tym, jak przekonałem się, że to nie Dragon”. To był statek mojego przyjaciela. Kiedy mnie wyciągnęli na pokład padliśmy sobie w ramiona. Prawdziwy przyjaciel wyciągnął do mnie rękę dosłownie i w przenośni. Przyjął mnie do załogi, jako zastępca kapitana, podzielił się swoją gażą na pół i tak pracuję z nim do dziś. „Król Artur” też pływa po tych wodach, ale zupełnie inaczej, przede wszystkim powoli i spokojnie.

 - Ależ miałeś szczęście w nieszczęściu, kapitanie. A chociaż użyłeś sobie trochę, co?

 - Jak już mówiłem ci John, stacjonowaliśmy w Qingdao. To miasto było kiedyś chińskie, ale niemieckie aspiracje terytorialne były powszechnie znane już daleko wcześniej aniżeli pierwszej połowie XX wieku. Niemcy zapragnęli ziemi w Chinach i kiedy w 1897 roku w Qingdao zamordowano dwóch katolickich księży Germanie wtargnęli do miasta zmuszając Chińczyków do wydzierżawienia całej zatoki.

- Zupełnie jak na Krymie – Zagadnął John.

-No coś w tym rodzaju. tylko, że teraz Qingdao znowu jest chińskie.

- Krym też będzie ukraiński. Zobaczysz kapitan!

W Qingdao jest stary niemiecki browar, gdzie produkują moim zdanie najlepsze piwo na świecie pod nazwą Tsingtao. Ta marka zawdzięcza swą sławę dzięki niemieckiej recepturze i wyśmienitej źródlanej wodzie z Lao Shan.  Oczywiście w browarze Qingdao Pijiuchang spędziłem wiele wolnych chwil, a trzeźwiałem na uroczych piaszczystych plażach zatoki Jiaozhou w towarzystwie urodziwych dziewcząt, które niejednokrotnie oskubały mnie ze wszystkiego, z portfela również.

 - Jak widzę kapitanie przygód to ci nie brakuje, a powiedz mi jedno, to piwo to naprawdę jest lepsze nawet od mojego.

 - Naprawdę John, ale nie przejmuj się, dopóki ta cała twoja klientela nie spróbuje Tsingtao, na co raczej się nie zanosi, to będzie przekonana, że to twoje piwo jest najlepsze.

 - Ach kapitan, wszyscy wiemy, że przychodzą to, bo moje jest najtańsze.

 - No, tyż prawda John. Ahoj! Jutro wracam na morze.

- Ahoj, kapitan. Pomyślnych wiatrów.    

  

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii