RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2013

Jak kibel uratował tyłki moich marynarzy a innych pogrążył.

20 lip

Najprzyjemniejsze są te chwile, kiedy mogę po pracy, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku iść prosto z kapitanatu portu do mojej ukochanej tawerny „Pod wrakiem”.  Tam zawsze jest gwarno i wesoło. Tam znikają wszelkie smutki i troski. Tam też z szantową nutą w tle mogę sobie pogawędzić z Johnem. Tak było i tym razem. Stary John powitał mnie już od progu.

 - Witam szanownego kapitana. Całe wieki pana nie widziałem. Siadaj kapitanie, zaraz piwo podaję i po chwili John z wielkim kuflem piwa dla mnie przysiada się do mej ławy.

 - Co tam słychować na pokładzie Minerwy kapitanie?  - spytał.

Minerwa, to nazwa mojego okrętu, na którym obecnie pływam. Zdobi go galion rzymskiej półnagiej bogini sztuki i rzemiosła, a także mądrości, nauki i literatury.

 - Ach John, uśmiejesz się, ale muszę ci powiedzieć, że miałem w tym rejsie przygodę z kiblem.

 - Z czym?

 - Z kiblem. No, z toaletą.  – Wyobraź sobie, że pewnego ładnego poranka słyszę wrzaski i przekleństwa jedynej naszej załogantki. Wybiegłem na pokład rufowy i pytam kobiety, o co chodzi. Dziewczyna odpowiada mnie, że ktoś z nocnej wachty zasrał cały kibel i po sobie nie posprzątał i że rzygać się jej  chce, ale jeszcze bardziej chce się jej siku, a to jedyna toaleta na tym okręcie.

 - No, nie jedyna. Jest jeszcze jedna w mojej kajucie. Zapraszam serdecznie. – odpowiedziałem. Cała załoga na pokładzie niemal pokładała się ze śmiechu, co jeszcze bardzie rozsierdziło dziewczę.

 - Dziękuję nie skorzystam – odpowiedziała dziewczyna – wolę iść pod bukszpryt i tam się załatwię.

 - Ostrzegam, że to niebezpieczne, a poza tym, jeśli zapaskudzi pani głowę naszej bogini, to zarówno ona jak i ja się wkurzę. Ja, to jeszcze pól biedy, ale Minerwa wchodzi w skład świętej Trójcy Kapitolińskiej, a ja nie zamierzam zadzierać z trzema bogami. Wystarczy, że z jednym mam problem. Ponownie gromki śmiech marynarzy przeleciał przez pokład.

 - W takim razie niech ten bóg ma pana w opiece, panie kapitanie, bo ja złożę oficjalna skargę na pana.

 - A za co, miłościwa pani?

 - A za to, żem pozbawiona jest intymności w załatwianiu fizjologicznych potrzeb.

 - Przecież mówię, że do czasu aż sprawa nie zostanie naprawiona, może pani korzystać z mojej toalety. Zaręczam, że wyjdę. Nie będę podglądał. Znowu wybuchła salwa śmiechu.

Nagle usłyszałem glos „oka” z bocianiego gniazda. –„ Okręt” z prawej burty na drugiej. Płynie w naszym kierunku!

 - Co to za statek i jak daleko?  - spytałem.

 - Nie widzę dokładnie kapitanie, ale to chyba kuter patrolowy ochrony wybrzeża. Jakieś dwie mile od nas.  – odpowiedziało „oko”. Daje sygnały dla nas, abyśmy się zatrzymali. Ktoś chce wejść na nasz pokład.    

 - Spoko, nie widzę powodu do obaw. Nie mamy nic do ukrycia – powiedziałem do dyżurnego oficera.  – Proszę wydać dyspozycje do zatrzymania okrętu i odpowiedzieć kodem sygnałowym, że oczekujemy na wizytę, ale ciekawi jesteśmy, kogo. 

 - Kapitanie,  odpowiedź z kutra: Nie mogą powiedzieć, kto chce nas odwiedzić.

 - W takim razie proszę przygotować wszystko do podjęcia naszego nieoczekiwanego gościa.

 - Kapitanie, czy mogę skorzystać z pańskiego zaproszenia względem toalety?

 - Oczywiście, że tak moja panno. Proszę tylko nie wychodzić z mojej kabiny, aż do skończenia tej niespodziewanej wizyty. Nie chce niepotrzebnych plotek na nasz temat.

Jakież było moje i moich kamratów zdziwienie, gdy na pokład wszedł nie kto inny, jak sam admirał floty. Poznaliśmy go dopiero wtedy, gdy ściągnął kaptur ze sztormowej kurtki. Nawet honorowych gwizdków nie było.

 - Witam kapitanie – powiedział admirał – proszę zebrać ludzi mających wachtę na pokładzie.

Wydałem odpowiednie rozkazy i po chwili wachtowi ustawili się w szeregu. Brakowało sześciu ludzi. Zawsze przymykałem oko na niepełne obsadzenie wachty.

 - Kapitanie, proszę mi wyjaśnić brak części załogi – powiedział admirał.

 - panie admirale, melduję posłusznie, że załoga jest w tej chwili niekompletna, bo część z jej członków cierpi na niedyspozycje żołądkową.

 - Ma pan jakiś na to dowód, kapitanie.

 - Tak jest, panie admirale. Mam na to dowód w postaci zafajdanego kibla dla załogi i właśnie w tej chwili zajętej mojej prywatnej toalety.

 - Sprawdzę, proszę prowadzić kapitanie.

 - Rozkaz! Proszę za mną panie admirale.

Admirał zajrzał do załogowego wychodka i cofnął się natychmiast z wyraźnym wyrazem obrzydzenia.

 - No dobrze – powiedział admirał – a tera proszę idziemy do pańskiej kajuty.

 - Czy to konieczne admirale? Spytałem.

 - A co ma pan coś do ukrycia u siebie, albo kogoś?

 - Nie admirale, ale…

 - No to proszę prowadzić.

Chcąc nie chcąc wszedłem z admirałem do kajuty, właśnie w chwili, gdy z łazienki wyszła dziewczyna w moim szlafroku i z mokrymi włosami. Oniemiałem z przerażenia i nie wiem, kto z nas dwojga był bardziej blady: ja czy ona. Admirał strzelił na nas surowym pytającym wzrokiem. Pierwsza pospieszyła z wyjaśnieniem dziewczyna.

 - Melduję posłusznie panie admirale, że kapitan dał mi pozwolenie na załatwienie swoich potrzeb fizjologicznych w swojej łazience, do której dodałam też i kąpiel pod prysznicem , bo nasza w tej chwili nie nadaje się do użytku.

 - Wiem, widziałem, ale co pani robi w tym męskim szlafroku.

 - Melduje posłusznie panie admirale, że to mój szlafrok, a że męski, to, dlatego, że nie chcę się rzucać w oczy zbytnio swoją kobiecością załodze.  

 - To prawda, kapitanie?

 - Tak jest panie admirale. To nie mój szlafrok – skłamałem.

 - No dobra. Siadajcie wszyscy i proszę stewarda o podanie mi czegoś mocniejszego. Po tym, co zobaczyłem w tym klozecie muszę sobie gardło odkazić. Usiedliśmy wypiliśmy po lampce koniaku pogadaliśmy i w chwili, gdy podnosiliśmy się by oprowadzić admirała do wyjścia z mojego szlafroka wypadła fajka. Zwykła drewniana fajka.

 - O nie wiedziałem, że pani pali fajkę. Doprawdy niesamowite. Ale co tam, ja już się niczemu na tym świecie nie dziwię. Skoro kobiety mogą być dziś kapitanami, to z całą pewnością mogą też i palić fajkę. Ma pan szczęście kapitanie. Te kontrolę zrobiłem, bo doszły mnie słuchy o nieregulaminowej obsadzie marynarzy podczas służby. Dlatego przybyłem tu tak nagle i niespodziewanie, właściwie tylnymi drzwiami. Twierdziłem oczywiście braki w obsadzie wachtowej, ale pańskie usprawiedliwienie jest uzasadnione. Kibel pana uratował panie kapitanie. Nie mniej jednak proszę od dzisiaj prowadzić rejestr pracy załogi. Chce mieć comiesięczny raport o tym, co, kto i kiedy co robił, z dniami datami i godzinami. Jasne?

 - Jasne admirale.

I tak oto Johnie klozet, co nie jedną dupę widział uratował tyłki mój i tej części  mojej załogi, która zrobiła sobie „wolne” na służbie.

 - A to ci historia, kapitanie. Ale ja mam też i swoją własną, równie niezgorszą. Chcesz to ci opowiem, kapitanie.

 - John, zamieniam się w słuch, tylko nalej jeszcze jeden kufelek dla mnie, bo i mnie trochę nieswojo się zrobiło od takich gównianych opowieści.

John podał mi kolejny kufel z przelewająca się  obfita pianą i złocistym zimnym chmielowym eliksirem.         

- Pamiętam jak dziś ten dzień, bo rzadko się zdarza taka ładna pogoda na Morzu Północnym zwłaszcza w kwietniu. Był rok 1944.  Płynęliśmy wzdłuż wybrzeży Szkocji na korwecie ubezpieczającej  konwój z zaopatrzeniem dla aliantów walczących pod Monte Cassino, gdy nagle na horyzoncie pojawił się obraz wynurzającego się okrętu podwodnego. Nasz kapitan natychmiast zarządził alarm bojowy i nasza korweta pomknęła na spotkanie nieprzyjaciela. Już mieliśmy odpalać torpedy, gdy nagle stwierdziliśmy, że dzieje się na okręcie coś dziwnego. Załoga w pośpiechu go opuszcza na tratwach ratunkowych i oddala się od niego. Po chwili potężna eksplozja targnęła statkiem i w kilka chwil U-boot poszedł na dno. Ledwie zdążyliśmy odczytać nazwę: U-1206. Wyłowiliśmy trzech rozbitków, którzy usiłowali wpław dopłynąć do brzegów Szkocji. Poczęstowaliśmy ich kawą i szkocką whisky i chłopcy się rozgadali na całego. Okazało się, że ich kapitan zrobił taką kupę w czasie zanurzenia, że wstydził się wezwać marynarza, który jako jedyny na pokładzie znał się na obsłudze ciśnieniowej toalety. W końcu pomocnik nieszczęsnego kapitana przybył i namieszał coś z zaworami powodując zalanie pomieszczenia i akumulatorów okrętu (znajdowały się poniżej WC) .Zalane akumulatory zaczęły wydzielać trujący chlor, przez co okręt musiał się wynurzyć do wietrzenia. Kiedy zauważyli naszą korwetę kapitan postanowił zatopić okręt, by nie dostał się w nasze ręce. Przez cały rejs nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu. Oto jak duże gówno kapitana może być przyczyną katastrofy.

 - A widzisz John, jednych gówno ratuje, a innych pogrąża.  

 - Ahoj kapitanie.

 - Ahoj John.

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Bez kategorii