RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

Węzły

22 cze


- Nawet szczury na moim okręcie nie wytrzymują tego wyścigu szczurów, jaki jawi się w obecnych czasach wśród ludzi, John.
– A co z nimi? – Spytał John, podając mi kolejny kufelek.
– Zdychają, John. Po prostu zdychają. Nawet zwykły szczur potrzebuje trochę ciszy i spokoju, nieco wytchnienia, a tymczasem ta nieustanna krzątanina przy żaglach, linach, przy pompie im na to nie pozwala. Wszędzie od zęzy począwszy, przez pokład, aż po topy masztów ciągle słychać rwetes marynarskiej roboty, no to zdychają, po prostu ze stresu zdychają John.
– mówisz oczywiście o szczurach, kapitanie?
– Oczywiście John, jakże by inaczej, ale taki wyścig szczurów wśród ludzi też skraca im samym życie. Dawniej tego nie było John…. dawniej tego nie było. Dawniej ludzie po wachcie zbierali się pod masztem i śpiewali szanty popijając grog, opowiadali niestworzone marynarskie historie lub grali w karty w okrętowej messie. Jednym słowem odpoczywali. Nocą zaś, jak na normalnego człowieka przystało wszyscy szli spać z wyjątkiem kilku wachtowych i oficera dyżurnego. Nawet sam okręt zwalniał. Oczywiście o ile pozwalała na to pogoda.
– Dziś już tak nie jest?
– Niestety nie, John. Dziś tnie się węzły, byle szybciej, byle więcej i nie ważne jak i czym.
– Węzły? – Nie bardzo rozumiem – odparł John.
– Ano węzły, węzły John. Statek pruje dziobem fale oceanu i jak nożem tnie węzły. Im więcej natniemy tych węzłów, tym lepszy wynik ekonomiczny dla armatora. Dlatego mój okręt stale pływa, rzadko zachodzi do portu, a i to tylko na czas niezbędny do wyładunku i załadunku, ewentualnych napraw i zaprowiantowania.
– Nie jest chyba tak jeszcze źle, skoro widuję cię w mej tawernie, kapitanie.
– Ano w rzeczy samej John. W rzeczy samej, ja jeszcze nie mam tak źle, bo gdy ja jestem tu u ciebie w tej tawernie, moi ludzie pracują dalej na okręcie lub „łapią” każdą inną robotę. To po prostu kwestia wyboru John.
– Wyboru?
– John. Moi rodzice pracowali bardzo ciężko, ale tylko przez 8 godzin w ciągu dnia. Po pracy byli wolni i mogli robić wszystko, co daje im przyjemność i zadowolenie z życia. Ja też tak robię.
– Wszystko?
– Oczywiście w granicach rozsądku John.
– I możliwości, kapitanie. Przecież ci, co pracują więcej, to i więcej mają, a tym samym mogą sobie pozwolić na większą przyjemność i większą radość niż ty, kapitanie.
– Owszem, mają większy dom, lepszy samochód, ale już z tą przyjemnością i radością bywa różnie.
-, Czyli co, kapitanie? Stara maksyma aktualna: pieniądze szczęścia nie dają.
– Na pewno nie wszystkim John, ale ich brak też może uczynić z nas nieszczęśnika. Tak a pro po, daj mi jeszcze jedno piwo na krechę. Jakoś tak się złożyło, że nie mam już kasy.
– Ty to masz naprawdę szczęście, Kapitanie.
– Szczęście, że nie mam kasy?
– No właśnie. Nie masz kasy, a piwo ci się leje….

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Laluś na pokładzie

10 cze

Nie ma Johna. Tawerna zamknięta. Czy stary John wyjechał, czy co? Cały maj pukam i stukam w drzwi o okna i nic, głucho. Nie mogę ani wejść i się po prostu zobaczyć z kumplami, ani pogadać, ani napić się piwa, no nic nie mogę. Dopiero całkiem niedawno, kiedy żem powrócił szczęśliwie z Kieratu, w końcu udało mi się wejść.
– Cześć John. Cóż to wyprawiasz Waszmość, żeby tak bez uprzedzenia zamknąć tawernę i wyjeżdżać Bóg wie gdzie? Tyle starych bywalców o suchym pysku zostawić na pastwę innych wyszynków?
– Kapitanie, przede mną też te drzwi zamknięto. Zarządca lokalu remonty jakieś zarządził i mnie, jak i ciebie za drzwi wyrzucił, zamki pozmieniał i klientów starych przegonił.
– A widzę, bracie, widzę. Pustawo tu jakoś u ciebie.
– Ano ludziska się zrazili, zabrali swój majdan i przenieśli się w inne rejony. Szkoda było tego całego zamieszania, tym bardziej, że nie wiele z tego wyszło. Ja przynajmniej, nie widzę tu żadnych zmian. No, a co u pana, kapitanie?
– Ech, też szkoda gadać. Admiralicja wsadziła na mój pokład wielce protegowanego pasażera. Mówię ci John laluś, jakich już naprawdę mało chodzi po świecie. Mnie i całej mojej załodze dano wyraźnie do zrozumienia, że mamy o niego dbać jeszcze bardziej aniżeli o własną dupę, sam zaś sobie imaginujesz John, że to kapuś pierwszej wody. Zatem jesteśmy wielce szczęśliwi, że ów jegomość najczęściej przesiaduje we własnej, a raczej mojej kajucie i nosa nawet na pokład nie wystawia.
– Jak to twojej kajucie, kapitanie?
– Ano, odstąpiłem mu swoją, bo to rzeczywiście najbardziej dostosowane pomieszczenie na mym okręcie do umieszczenia w nim namaszczonych przez admiralicję i ledwie tolerowanych przez załogę osób.
– No, to teraz wiem, dlaczego ciebie tam umieścili, kapitanie – z nieskrywaną ironią stwierdził John.
– Oj, oj John. Znam cię dobrze i wiem, że kpiarz z ciebie niezrównany, a i ty tylko po starej dobrej znajomości możesz sobie ze mnie dworować, ale sam dobrze wiesz, że kabina kapitańska ma nieco więcej wygód niż inne kajuty, i że na dobrą sprawę pasażer w niej umieszczony może nie wychodzić z niej przez cały rejs. Mnie oczywiście jasny szlag by trafił, gdybym miał tak siedzieć, ale temu paniczykowi to jak najbardziej pasuje, bo na pokładzie czuje się raczej wielce nie swojo.
– Jak ma się swojo czuć, skoro za swego nie jest uważany?
– Wyobraź sobie jednak John, że w tym swoim apartamencie okrętowym poczyna sobie jak na panicza powstało. Ten fircyk śmiał mi zwrócić uwagę, że wychodzę na mostek w cywilnym ubraniu. Według niego powinienem pełnić swe obowiązki w mundurze.
– Nie do wiary. Ośmielił się – odparł John – i co ty na to kapitanie.
– Ostrożnie, jak z jajkiem, ale zdecydowanie odparłem mu, – „nie widzę nikogo na tym pokładzie, dla którego miałbym ten mundur zakładać i nawet tak szlachetnie urodzone osobistości, jak pan nie są wystarczającym powodem do niepotrzebnego wystawiania umundurowania na czynniki morskie, co znacznie skraca jego żywotność, a zważ Wać, że admiralicja jakoś nie kwapi się do fundowania załodze ani umundurowania, ani jego konserwacji”.
– No i co on na to. Zamknął się.
– Tak, ale wielce po swojemu. Powiedział, że igram z ogniem. Powiadam ci John, to zabrzmiało jak jakaś groźba.
– Zapewne doniesie, komu trzeba, ze paradujesz w cywilnych ciuchach na służbie.
– A niech donosi. Przecież nago nie chodzę.
– Gadają, że i tak bywało – w głosie Johna znów zabrzmiała ironia.
– Bajki John, mówię ci bajki. Zwykłe ludzkie zawistne gadanie, John.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii