RSS
 

Archiwum - Marzec, 2013

Wielkanoc w tawernie

30 mar

Wielkanoc w tawernie.

Cały Wielki Tydzień w rejsie. Jeszcze w Wielki Piątek czekała mnie robota na pokładzie. Tridum zaliczyłem jednak w całości. W czwartek nasz okrętowy kapelan obmył mi nogi, a w piątek Misterium Męki Pańskiej przezywałem już na lądzie, ale jeszcze w drodze do domu. W sobotę byłem już z rodziną. Dziwne te święta. Wracając do rodzinnych stron, jak okiem sięgnąć, całe pola zasypane śniegiem. Nawet jeszcze wczoraj padał. Wiosna zaspała i to nieźle.

Po wielkanocnym śniadaniu wziąłem kilka jaj z koszyka i poszedłem pod „wraka” by się z Johnem i innymi kamratami święconym podzielić. Zachodzę ci ja i tawerny mojej nie poznałem: Na podwórzu leżały resztki spalonej kukły, na drzwiach przybity do nich gwoździem ogon od śledzia, a przed przybytkiem pokruszone ciarupy jaj. W środku również niemałe zaskoczenie. Ławy przykryte białym obrusami, a na nich stały koszyczki ze święconką.

- Ahoj, John. Zagadnąłem na powitanie po żeglarsku.

- Chrystus zmartwychwstał – odpowiedział John.

- Prawdziwie zmartwychwstał odpowiedziałem zaskoczony.

- Widzę John, że Wielkanoc do twej tawerny zawitała na całego. Nie powiesz mi jednak, ze wszystkie te koszyczki sam zaniosłeś do kościoła, tak wiele ich jest.

- Nie musiałem. Kapelan mi je poświęcił tutaj na miejscu. Jako „Bóg zapłać” dałem mu piwo.

- Kapela w tawernie? Pił piwo? Z ludźmi? Ale jaja!

- Nie „ale jaja” kapitanie tylko Alleluja – natychmiast poprawił mnie John. – i wcale piwa nie pił jeno wziął je sobie na wynos, a co do ludzi to powiedział, ze kapłani powinni zmniejszać dystans do wiernych, co nie jest niczym nowym, bo nawet sam Jezus z celnikami jadł.

- Przypomina mi to czterech kapelanów trzech największych religii świata służących na amerykańskim transportowcu Dorchester w czasie II wojny światowej. Oni również jedli i spali z żołnierzami, choć byli przecież także oficerami.

- Znam te historię kapitanie. Zginęli wszyscy czterej trzymając się za ręce i za reling tonącego okrętu trafionego pięcioma torpedami w 1943 roku oddając swoje własne kamizelki ratunkowe żołnierzom.

- A jako oficerowie mieli przydzielone miejsca w łodzi ratunkowej.

- Szli na dno mówiąc „Ojcze nasz” w czterech językach: po łacinie, hebrajsku, angielsku i niemiecku.

- Niemiecku?

- Tak po niemiecku. Jako wyraz przebaczenia dla tych, co te torpedy wypuścili. Poza tym, wśród amerykańskich żołnierzy wielu było protestantów niemieckiego pochodzenia.

- Każdy ma swoją golgotę John.

- I każdy swój krzyż do niesienia.

- Powiedz mi John, co to za kukła na dziedzińcu przed tawerną.

- To spalony Judasz. Wcześniej był powieszony i bity kijami.

- A ten ogon od śledzia przybity do drzwi?

- A to był śledź przybity i również pobity i stracony kijami.

- Po jaka cholerę.

- Za karę, ż e musieliśmy znosić jego śmierdzące mięso w czasie Wielkiego postu zamiast tego prawdziwego.

- No a te ciarupy jaj?

- odstraszają mrówki.

- Co? W jaki sposób?

- Nie wiem, kapitanie.

- Nie sadzisz John, ze to po prostu zabobony jakieś?

- Może i tak kapitanie, ale ponoć malowanie jaj to również pogański zwyczaj.

- A pro po jaj, chciałem się z tobą John podzielić święconym i życzyć ci zdrowych i pogodnych Świąt i pomyślności wszelkiej.

- Również tobie kapitanie wszystkiego najlepszego. Długich i owocnych rejsów.

- Długich? Skąd ty John…

- Po prostu dobrze wiem kapitanie, że im dłuższy rejs, tym większa gaża.

- Do widzenia John.

- Do widzenia. Nie zamówił pan piwa, kapitanie. To nie w pańskim stylu.

- W Dniu Pańskim nie piję piwa.

- A co?

- Żur, John, wiele żuru z jajami.

 

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień kobiet w tawernie.

08 mar

Dzień kobiet. Nie chcę czekać na żonę sam w mieszkaniu, więc wpadłem do tawerny „Pod Wrakiem” – tam sobie poczekam – pomyślałem. Po drodze kupiłem tulipana u jakiejś handlarki na ulicy. Było zimno. Padał deszcz, a prognozy na przyszły tydzień są jeszcze gorsze. W tawernie jest ciepło, John napalił w kominku, a między ławami snuje się tytoniowy dym i zapach piwa i rumu. Poprosiłem Johna o jeden kufel złocistego i flakon zwykłej wody dla mego tulipana. Siadłem na ławie, na której postawiłem szklanice i swoisty wazon z wodą, jako, że nie był on typowym wazonem, a zwykłą flaszką po winie. Nie wypiłem nawet połowy mego piwa, jak zauważyłem, jak mój tulipan więdnie i jego czerwony kwiat zwisa bezwładnie jak nie powiem co.

- John!  – krzyknąłem – ratuj mojego tulipana. John nie wiele myśląc zamienił wodę we flaszce na wino ( już gdzieś o podobnym przypadku słyszałem) i wstawił tam kwiata, no i cud cudem pogania w tej tawernie. Kwiatek odżył i się nawet wyprostował.

- jestem ci dozgonnie wdzięczny John.

- Nie ma, za co, kapitanie, ale tak na przyszłość to o tej porze radzę kupować goździki. Są trwalsze. Dawniej wszyscy faceci  ofiarowywali właśnie goździki na Dzień Kobiet, bo kiedy taki gość wracał z obchodów tego święta bardzo późnym wieczorem do domu do żony, to właśnie tylko ten goździk trzymał się jako tako prosto.

- John! A wiesz ty, że pierwszym piratem na Atlantyku była kobieta?

- Nie.

- Nazywała się Jeanne de Belleville. Około 1335 roku poślubiła Oliviera de Clisson, szlachcica z Bretanii. Dzisiaj mówimy, że żyjemy w podłych czasach. Myślę, ze ludzie zawsze tak gadają i zawsze narzekają na czas, w którym przyszło im żyć. Tymczasem okres, w którym żyła Jeanie był wielce niespokojny. Edward III, król Anglii, chciał zostać również królem Francji i wysiudać z tronu prawowitego króla żabojadów, Filipa VI Walezego. Filip oczywiście miał w czterech literach aspiracje Angola, no i wybuchła wojna. Mało tego. W samej Francji trwała zażarta walka o Bretanię. O księstwo tej pięknej krainy ubiegało się rodzeństwo Jeanne de Penthievre i jej młodszy brat Jean de Montfort. Król Francji Filip IV popierał Jeanie, a król Anglii – Jeana, podobnie jak jej małżonek Olivier de Clisson. Pech chciał, że biedny Olivier wpadł w ręce króla Filipa, a ten kazał ściąć mu głowę. Wtedy wdowa wezwała dwóch swoich synów i kazała im przysiąc, że pomszczą śmierć ojca. Tyle tylko, że ci synowie to byli jeszcze dzieci. Jeanne nie chciała tak długo czekać. Potajemnie w zamku Clisson zwerbowała marynarzy, którzy wraz z nią mieli się stać wkrótce pierwszymi piratami na Atlantyku i wraz z owymi kamratami i swoimi synami przepłynęła do Anglii prosząc o audiencję króla Edwarda III. Kiedy stanęła przed jego obliczem powiedziała do króla.

- Jestem z Bretanii. Niczego się nie boję. Daj mi królu okręty ,a obrócę w proch wasali Filipa.

Król Edward III oddał pod jej dowództwo trzy niewielkie statki i od tej pory dzielna Jeanne stała się kapitanem „Floty odwetu w cieśninie La Manche”. Przez kilka lat ta flota łupiła francuskie okręty, przede wszystkim handlowe, ale także i wojenne. Zdobycz przywożono do Anglii. Załogę najczęściej mordowano. Jeanne posługiwała się bardzo zręcznie zarówno szabla, jak i toporem i osobiście ścinała głowy w zemście za śmierć swojego męża. We Francji nazywano ja „Krwawą Lwicą”. Filip IV się wściekał. Cała wojenna francuska flota polowała na statki Jeanne, które sprytnie wymykały się niczym piskorze. Do czasu. Pewnego dnia flota Jeanne de Belleville została otoczona przez wrogie okręty i rozpoczęła się bitwa. Walka była jednak nierówna. W obliczu klęski Jeanne z krwawego pirata zamieniła się w jednej chwili w prawdziwą kobietę ratującą swoje dzieci. Wraz ze swoimi synami i dwunastoma wioślarzami wsiadła do szalupy i odpłynęła pozostawiając swoich kamratów na łasce losu, który nie okazał się dla nich łaskawy. „Flota Odwetu” poszła na dno, a jej załoga wycięta w pień. Królewskie okręty nie zauważyły odpływającej łodzi.

Marynarze wiosłowali przez sześć dni. Było bardzo zimno. Brakowało wody i pożywienia. Szóstego dnia zmarł najmłodszy syn Jeanne. Jego ciało pochłonęło morze. Tego samego dnia przybyli do brzegu. Nie była to jednak upragniona Anglia. To była Bretania. Piratce sprzyjało jednak szczęście. Dostała się pod opiekę ludzi, którzy byli zwolennikami Jeana de Montfort. Wyszła za mąż za szlachcica imieniem Gautier de Bentley.

- A niech to! Kapitanie! Nie chciałbym być mężem takiej lwicy.

- Ja też nie John, chociaż chciałbym wiedzieć, czy dzisiejsze kobiety też by tak potrafiły pomścić śmierć swoich mężów?

- Nie wiem, kapitanie. Dzisiaj nie ścina się głów.

- Masz racje John. Muszę już iść. Żona pewnie czeka już w domu na mnie, a to ja przecież miałem czekać na nią.

- Przecież głowy panu nie utnie.

- Pewnie, że nie, ale suszyć mnie będzie i truć coś o włóczeniu się po knajpach.

- Nie zapomnij tulipana, kapitanie. A co z winem w butelce?

- Wypij za moje zdrowie.

- kapitanie. W moim wieku i tak się już nic mi nie wyprostuje. Może panu się przyda w taki dzień łyk wina przed snem.

- Za wiele sobie pozwalasz John.

- Przepraszam kapitanie, ale i tak wino policzyłem do rachunku.

- Wiem John. Warto było. Tulipan stoi jak drut.

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii