RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

Kości ogonowe

25 sty

Zawsze z utęsknieniem czekam tej chwili, kiedy po długim i wyczerpującym rejsie mogę w końcu przekroczyć próg mojej ulubionej tawerny „Pod Wrakiem”. To był trudny rejs przez Atlantyk. Pogoda przez cały czas była paskudna. Płynęliśmy do Demokratycznej Republiki Konga, do portu Matadi z dość dziwnym i nietypowym ładunkiem. Dokumenty przewozowe wskazywały, że wieziemy mrożone wieprzowe kości ogonowe. Ktoś z załogi sprzedawał plotkę, że pewnie Pigmeje będą z nich robić amulety i naszyjniki i sprzedawać na targu jako oryginalną biżuterię z kości krokodyli. Osobiście obawiałem się, że prawda jest zupełnie inna. To, co dla nas jest produkcyjnym odpadem, dla mieszkańców Demokratycznej Republiki Konga mogło stanowić normalny produkt spożywczy. Postanowiłem jednak o tym z nikim nie dyskutować. W końcu to wszystko są tylko przypuszczenia, a poza tym mnie nic do tego: ja po prostu mam zadanie przewieźć ładunek w stanie nieuszkodzonym z punktu A do punktu B i tyle.

Bladym świtem opuściliśmy Zatokę Gwinejską. Czekał nas cały dzień żeglugi wzdłuż zachodnich brzegów Afryki. Wieczorem mieliśmy zacumować na wysokości miasta Moanda i spędzić noc w oczekiwaniu na pilota, który poprowadzi nas dalej rzeką Kongo w głąb lądu do portu Matadi oddalonego od Atlantyku jakieś 130  kilometrów.

Ucieszyłem się nad ranem, kiedy dostrzegliśmy łódź motorową płynącą od strony wybrzeża i  kierującą się do naszego statku. Na tutejszych wodach na pilota można było czekać i kilka dni nawet. Szczena mi tylko opadła, gdy zobaczyłem, że pilotem jest kobieta. Jak tu teraz babie zaufać i oddać jej ster we władanie? Nie miałem jednak innego wyjścia. Ruszyliśmy pod rozkazami kobiety w górę rzeki Kongo. Joseph Konrad pewnie się w grobie przewraca do tej pory.

Bardzo zgrabna mulatka, która była naszym pilotem z kobiecym wdziękiem zeszła po trapie w porcie Matadi. Z całą pewnością wiedziała, że gapi się na nią teraz kilkadziesiąt par męskich oczu zawieszonych nad burtą okrętu. Młoda, urodziwa i na dodatek doskonale znająca swój fach pilotka zniknęła już nam w tłumie, jak dźwigowe żurawie zaczęły wyciągać z naszych chłodni bele z naszym ładunkiem i umieszczać je wprost w wagonach towarowych. Dalszym ich przeznaczenie jest, bowiem Kinszasa – największe miasto Afryki. Tam pojadą koleją, która powstała jeszcze w XIX wieku.

- No to teraz Bambusy będą sobie kosteczki obgryzać.  – Usłyszałem głos dobiegający obok mnie. Obejrzałem się i z całym wysiłkiem powstrzymałem zarówno zdziwienie, jak i oburzenie. Ten głos należał bowiem do mojego „pierwszego”. Jeszcze bowiem jakoś mógłbym zrozumieć, że takie słowa mógł wypowiedzieć jakiś prosty marynarz, chociaż czasy gdzie marynarzy łapano i brano dosłownie z ulicy dawno już minęły. To były jednak słowa mojego pierwszego oficera.

- Panie pierwszy!  – zawołałem – Przekroczył pan pewne granice zarówno człowieczeństwa jak i przyzwoitości. Wie pan podobnie jak ja, panie oficerze, że najprawdopodobniej te kosteczki, jak pan to ujął, będą stanowiły główny składnik zupy dla żyjących w totalnej nędzy mieszkańców tego pięknego kraju. Nie jest to ani pana, ani moja w tym wina, ale wyśmiewać się i szydzić z ludzkiej biedy tu na tym pokładzie ja nie pozwalam. Czy pan wie, że większość ludzi Demokratycznej Republiki Konga musi tu wyżyć za mniej niż jednego dolara dziennie będąc jednocześnie w nieustannym strachu przed gwałtem, mordem torturami i rozbojem? Czy pan wie, że kilkadziesiąt kilometrów za stolicą tego państwa rozpościera się bezkresna dżungla, w której w dalszym ciągu tkwi jądro ciemności opisane przez naszego rodaka? W tej dżungli właśnie wciąż grasują plemienne bandy i bojówki, które swoim ofiarom wyrywają serce i każą je zjeść rodzinie. Tutaj wciąż zdarzają się przypadki ludożerstwa. Niemal wszystkie dzieci w Kinszasie są albo żebrakami, albo prostytutkami, albo bandytami, albo żołnierzami i dla nich taka zupa na kościach z jakimiś warzywami to często jedyny posiłek w ciągu dnia, który wcale nie musi przydarzać się codziennie. W tym państwie czas apokalipsy dla zwykłych mieszkańców trwa nadal.  Wobec takich faktów, pańska drwina, panie pierwszy jest delikatnie mówiąc zupełnie nie na miejscu, a bardziej dosadnie ujmując to z pańskiej strony po prostu ohyda. I jeszcze jedną rzecz panu powiem – dzięki temu ładunkowi to my mamy robotę i gdyby nie te kosteczki, to być może to my byśmy właśnie je obgryzali w jakimś przytułku dla bezrobotnych.

Mój pierwszy zamknął się w sobie, spuścił głowę i odszedł bez słowa. Ta reprymenda dała mu zapewne wiele do myślenia. Nie potępiam go jednak całkowicie. To w gruncie rzeczy porządny chłop. Znam go dobrze i wiem, że nie jest on ani rasistą, ani prześmiewcą ludzkiej niedoli. Ot po prostu coś mu odbiło i tak sobie walnął. Pewnie teraz tego żałuje. W następnym rejsie też będę chciał go mieć przy sobie, bo to dobry oficer.

- Hej John – zawołałem do barmana, – czemu ty fundujesz gościom jakieś chińskie zupki zamiast ugotować porządnej zupy na prawdziwych kościach?

- Bo to proszę kapitana zupełnie nie intratny interes – odpowiedział John.

- Jak to?

-  Tych kości prawie w ogóle nie ma w handlu. To towar tak tani, że koszty ich transportu i przechowywania są większe aniżeli cena, jaka można za nie uzyskać. Ja nie mam tyle miejsca w lodówce, a chińskie zupki zmieszczą się w zwykłej kuchennej szufladzie. No i czas przygotowania jest niemal błyskawiczny.

- To czemu ja te kości wiozłem przez pół świata i jeszcze ktoś mi za to zapłacił?

- A co pan kapitan przywiózł w drodze powrotnej?

- banany.

- No właśnie. To one pokryły koszty transportu tych kości i jeszcze został zapewne spory zysk. Jak pan kapitan będzie pił tyle piwa, co do tej pory to ja mogę panu te prawdziwe zupy gotować i też zbytnio na tym nie stracę.

- Powiedz mi jeszcze jedno John. Jak to jest, że kraj należący do najbiedniejszych na świecie ma jedne z największych na tym globie złoża diamentów?

- Nie wiem kapitanie. Dziwny jest ten świat. – odpowiedział John.

- W którym człowiekiem gardzi człowiek. – odpowiedziałem.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Van Hunks

11 sty

Van Hunks

 


Było już późno, kiedy kończyłem właśnie palić fajkę i dopijałem ostatni w tym dniu kufel piwa. Opary tytoniowego dymu w tawernie były tak gęste, jak te przysłowiowe na Cape Town nad Morską Górą. Spośród tej mgły wyłonił się on. Nie od razu go poznałem, lecz po chwili, kiedy dostrzegłem w jego dłoniach rurowatą faję. To był słynny piran Van Hunks we własnej osobie.

- Wielkie nieba – wydałem okrzyk zdziwienia – a cóż to waćpan Kapsztad opuścił i tę swoją ukochaną Górę Stołową?

- Szczerze powiedziawszy mam dość tej nieustannej walki z diabłem, no i wielkie wyrzuty sumienia – odparł Van Hunks.

- Ty i wyrzuty sumienia! A niech cię diabli – odparłem – chociaż rzeczywiście w tej waszej wiecznej potyczce z diabłem wielce cierpią żeglarze. Jak się tam tak kotłujecie, to wieją takie wiatry, że ich łodzie roztrzaskują się o rafy, jak małe zabawki.

- No właśnie, duje tak z tej góry z prędkością 150 km na godzinę.

- Ponoć ludzie nazywają to wielkim przewietrzaniem Kapsztadu.

- Albo wielkim odkurzaniem.

- To morze zaprzestańcie tej walki, to mieszkańcy całego przylądka Dobrej Nadziei odetchną z ulgą – rzekłem.

-  Nie mogę. Diabeł jest tak wkurzony, że przegrał kiedyś ze mną pojedynek w kurzeniu fajki i nie chce odpuścić.

- Dalej tam siedzisz na szczycie tej Góry Stołowej?

- A owszem. Tam z tego miejsca jest najlepszy widok na dwa oceany. Niespotykany widok dwóch kolorów na horyzoncie: szafir Atlantyku i szmaragd  Oceanu Indyjskiego.

- Tak wiem. W Kapsztadzie piłem bardzo popularne tam wino, które nazywa się „Two Oceans” (Dwa Oceany).

- Słyszałem, że bez tej Góry Stołowej nie byłoby Kapsztadu.

- Tak, tam z tej góry płyną liczne strumienie, które są źródłem wody słodkiej dla miasta.

- Widziałeś może kapitana Vanderdecken`a? – spytałem.

- Owszem. Biedny „Latajacy Holender”. Diabeł chciał mu pomóc, oczywiście w zamian za jego duszę, ale Archanioł go ubiegł i skazał na wieczną tułaczkę po morzach aż do końca świata.

- Ja tam go nie spotkałem, no i całe szczęście, bo gdybym ujrzał „Latającego Holendra” pewnie nie siedziałbym w tej tawernie. Napijesz się piwa?

- Chętnie.

- John! Podaj dwa kufle, ale tego pszenicznego, niepasteryzowanego .

- Już zamykamy, kapitanie – odparł barman John – a poza tym po co kapitanowi dwa kufle?

- No jak to po co? Dla mnie i dla kapitana Van Hunksa! – krzyknąłem.

- Z całym szacunkiem, kapitanie, ale ja tu nie widzę żadnego kapitana  Skunksa. Może lepiej nich już kapitan więcej nie pije, bo od pewnego czasu siedzi pan i majaczy coś o Kapsztadzie i jakiejś górze.

Van Hunks siedzi dalej za stołem, kurzy faję i uśmiecha się szelmowsko.

- Idź do diabła Van Huks – odparłem. Wstałem i nieco chwiejnym krokiem oddaliłem się do domu.

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii