RSS
 

Za tych co na morzu.

25 gru

Moja choinka 2016

- Ja to mam szczęście w tym roku John. Zresztą od lat już je mam. Wigilia w domu. To marzenie każdego marynarza. Własny dom, własna choinka, własne zrobione lub kupione przez siebie prezenty, a przede wszystkim własna rodzina.  Polski charakter Świąt Bożego narodzenia człowiek docenia dopiero wtedy, gdy w tę świętą noc musi sztormować gdzieś w okolicach Japonii, tankować ropę w Dubaju lub gaz LPG w Katarze, albo przedzierać się pośród polarnej nocy i mgieł w norweskich fiordach z obcą narodowościowo załogą i pasażerami na pokładzie.

 

 - Oj tak, tak kapitan. Kiedyś pływało na statkach wielu Polaków. To była trudna, ale zarazem dobrze płatna praca. Wszystko zmieniło się z chwilą przejścia Polski do Unii.  Polacy zażądali wówczas takich samych zarobków jak w innych unijnych krajach, no i armatorzy niemal z dnia na dzień zwolnili z pracy Polaków przywożąc na swoje jednostki autokarami i samolotami świeżo zwerbowanych Ukraińców i Filipińczyków. Pozostali tylko nieliczni, głównie oficerowie i kapitanowie, których cały świat wysoko sobie ceni, bo są dobrze wykształceni, doświadczeni i znający doskonale nie jeden a kilka języków.

 

 - I właśnie dlatego taka Wigilia staje człowiekowi w gardle i łza się kreci w oku. Kiedyś było łatwiej znieść rozłąkę z rodziną, bo kucharz, który był Polakiem trzymał w zamrażarce karpie, w ładowni składowano choinki, co prawda sztuczne, ale były obowiązkowe na liście zaopatrzenia, tak samo jak bombki i inne ozdoby. Nie brakło polskich wigilijnych potraw, a po pokładzie rozbrzmiewały polskie kolędy. Dziś musimy patrzeć na filipińskie tańce i słuchać karaoke ukraińsko – azjatyckich melodii. Czasami podły nastrój łagodzi brew party na burcie z kolegami.

 

 - Wiem kapitan. Znam to doskonale, bo sam zanim objąłem tawernę „Pod Wrakiem” byłem przez wiele lat na statkach kucharzem. Zawsze miałem wszystkie potrzebne składniki do przyrządzania naszych narodowych potraw. Zresztą polską kuchnię doceniali też i obcokrajowcy. Pamiętam, jak kiedyś pewien mój kolega po fachu Włoch tak bardzo upodobał sobie bigos w polskim wydaniu, że próbował wiele razy go zrobić samemu. Nigdy smakowo nie udało mu się dorównać oryginalnemu bigosowi. Zapytał mnie dlaczego mu nie wychodzi. Odpowiedziałem mu, że aby zrobić dobry polski bigos trzeba przede wszystkim urodzić się Polakiem, podobnie, jak my Polacy nie możemy kulinarnie mierzyć się z waszym włoskim makaronem czy pizzą.

 

- Uwielbiam morze, John. Nie mogę długo wytrzymać bez widoku morskiego horyzontu. Poza tym jednym dniem, w którym to wieczerza staje w gardle i łza się kręci w oku. Teraz jest łatwiej, bo jest Internet, ale kiedyś łączność z rodziną stanowiły listy przynoszone w porcie przez agenta i wielka kataryna czyli radiostacja z wieloma pokrętłami za pomocą której można było czasem usłyszeć pośród zgrzytów i trzasków znajomy głos ukochanej osoby.  

 

 - Ach, kapitan polewam. Wypijmy za tych co na morzu.  Za tych co sztormują, tankują, zabawiają wycieczkowiczów, stoją na redzie lub we flaucie, slalomują przez góry lodowe i fiordy, sypią w ładownie kanadyjskie zboże w 100 % GMO, zdrowie kapitan.

 

- Zdrowi, niech nam żyje marynarska wiara.  

 

- Ahoj, kapitan

 

 

 

- Ahoj, John.   

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak ukradli św. Mikołaja

20 gru

Francesco_Guardi_032

- Witam, kapitanie. Z jakichże stron teraz przybywasz ?

- Popłynąłem do św. Mikołaja John.

 - Na północ, do Laponii ?

 - Nie John. Wręcz przeciwnie. Na południe, do Bari.

- Do Bari? Na obcas włoskiego buta? Przecież tam nie mieszka św. Mikołaj.

 - Jasne, że nie, chociaż w pewnym sensie tak. tam jest jego grób i to w katedrze jego imienia.

- Zaraz, zaraz kapitan. O ile mi wiadomo, to św. Mikołaj pochodził z Myry, a to miasto, dziś Demre jest w Turcji.

 - Ot i tu zaczyna się cała historia porwania tego wielkiego świętego, albo, co bardziej prawdziwe jego  kradzieży.

  – Ukradli św. Mikołaja?

Tak John i w dodatku to był napad rabunkowy.

- Wielkie nieba, Kapitan.

- Cała historia miała miejsce w 1087 roku. Miasto Bari pod rządami Normanów rozwijało się prężnie. Do pełni sukcesu konieczny był patron odpowiadający randze miasta. Chodziło także o przyciągnięcie pielgrzymów i, nie ukrywajmy, rozwój handlu.

- A jednak biznes.

- Owszem, ale to nie do końca jest tak. Później ci to wyjaśnię John, a teraz pozwól, że dokończę ten rabunkowy watek.

 - Zamieniam się w słuch, kapitan.

- w 1087 roku z miasta Bari wyrusza ekspedycja pod kryptonimem „San Nicola”. Na trzech statkach płynie 62 śmiałków: kupcy, żeglarze, żołnierze pod wodzą duchownych Lupusa i Grimoalda. Zatrzymują się w Mirze pod pozorem handlu. W nocy 20 kwietnia włamują się do miejscowej katedry i rabują grób świętego Mikołaja wyprowadzając ciało ze wszystkimi relikwiami słynnego biskupa. Zostawili tylko pusty sarkofag. Również wenecjanie mieli chrapkę na św. Mikołaja, ale ekipa z Barii była szybsza. Kiedy 9 maja 1087 roku okręty wracają z wyprawy, mieszkańcy gotują im entuzjastyczne powitanie. Jedna z ulic na starym miesicie w Bari nosi nazwę 62 bohaterów, w miejscowym muzeum można zobaczyć pergamin z listą śmiałków. Tak John walczyło się kiedyś o świętych patronów.  

 - Ale kapitan, czy chęć posiadania możnego patrona usprawiedliwia kradzież?

- Święte kradzieże czyli tzw. „furta sacra” w owych czasach były bardzo rozpowszechnione John, bowiem były to czasy w których Muzułmanie najeżdżali ziemie  chrześcijańskie.

 - Dziś też najeżdżają, co prawda inaczej, ale jednak.

- Tak, John, ale trudno te ziemie nazwać dziś chrześcijańskimi.  Wracając do wątku, najpotężniejsze miasta takie jak Wenecja, Genua, Piza, Amalfi próbowały przejąć ciała świętych dla ocalenia ich czci i chwały i po to, by ustrzec przed zniszczeniem przez Muzułmanów. Gdy marynarze z Bari wykradali św. Mikołaja, Myra znajdowała się w rękach Turków i tak jest do dziś.

- Tak kapitan. To ładna historia. Historia jednak lubi się powtarzać. Dzisiejsi kupcy ukradli św. Mikołaja po raz drugi. Tele, że nie jest to już kradzież sacra, lecz profana. Współcześni kupcy skradli Kościołowi wizerunek świętego. Biskupa z Ewangelią w ręku zamienili na czerwonego krasnala rozdającego świąteczne prezenty, które koniecznie trzeba kupić w „naszej” sieci.

 - Tak John, i obawiam się, że dziś trudno będzie odbić św. Mikołaja z rąk globalnych kupców. Skoro neopogańska kultura wycina ze świąt Bożego narodzenia samego Jezusa, nie będzie przejmować się św. Mikołajem.

- Smutne to, kapitan, polać coś?

 -  No, co ty John? Adwent przecież. W karnawale nawiedzę tawernę. To wtedy owszem.

 - Racja Kapitan.

 - Ahoj, John.

- Ahoj kapitan, szczęśliwych wiatrów.   

 

 

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pierwsze sukcesy i nowe zagrożenia

13 lis

DSC_0142

- Witaj, kochany Johnie. Powiadam ci, że daliśmy niezłego czadu.

- Widzę właśnie żeś osmalony i prochem pachniesz kapitanie. Bitwa była?

- Daliśmy John salwę ze wszystkich furt i burt. Połączone siły naszych eskadr, Izby Lordów, zrzeszonych i stowarzyszonych a także związkowych zasnuły gradem słownych kul wszystkie pokłady jednostek Korony, a gdy opadły opary dymu rządowi ślą sygnały, że zielony wąż eskulapa będzie dalej w logo już nowej kompani czyli zachowamy swą tożsamość przynajmniej w nazwie, a na czele naszych eskadr będą mianowani ludzie z właściwym wykształceniem , dyplomem i doświadczeniem. To już jest coś John, możesz polać.

- Poleję, poleję, ale chyba kapitan za wcześnie na oblewanie, co?

 - Masz rację John, ale od tego dymu gardło zaschło.

 - Słyszałem że Kompania Europejska i Kompania Kanadyjska szykuje wam nowe wyzwania.

- To prawda John. Chcą się zjednoczyć w zalewaniu naszych włości badziewiem, które bezczelnie nazywają żywnością.  W tej sprawie też nasze działa zagrają w jednym chórze.

 - No Walonia już zagrała.

- I o mały włos nie rozproszyłaby wielkiej armady europejskiej.

- Piękne Ardeny ze swą duchową stolicą regionu Liege zwaną miastem namiętności to kraina gdzie kultywowane są lokalne tradycje i folklor.

- I regionalne tradycyjne potrawy i trunki. Nic dziwnego, że mała Walonia broni swej rodzimej tożsamości przed zalewem taniego kanadyjskiego badziewia.

- To właśnie dobre naturalne jedzenie i wyśmienite produkty lokalnych browarów ściągają turystów z całej Europy.

 - Maja przepiękne zamki w Bouillon i La Rocheen Ardene, W Tournai wspaniałą katedrę, w Namur – stolicy administracyjnej – znajdują się świetnie zachowana cytadela i starówka.

- Ardeny to raj dla wędrowców cyklistów i kajakarzy czyli w sam raz coś dla mnie.

- A Kanada?

- Kiedyś Kanada pachniała żywicą. Teraz pachnie GMO. Kanada należy do największych światowych producentów GMO na świecie. Uprawy sztucznie zmienionych roślin, powstających w procesie inżynierii genetycznej, zajmują ponad 10 mln ha powierzchni Kanady. Uprawy GMO w Kanadzie wprowadzono 20 lat temu. Chodzi przede wszystkim o rzepak, bawełnę , soję, kukurydzę, buraki cukrowe i paszę dla zwierząt. Oni nawet zalewają świat genetycznie modyfikowanymi jabłkami, które nie brązowieją po przekrojeniu. Sprzedają także genetycznie modyfikowanego łososia, któremu wprowadza się hormony wzrostu innych ryb. Zezwolenie CETA obejmuje sprzedaż na naszym rynku również pochodnych produktów z tego niby łososia czyli filetów, oleju rybnego i mączki rybnej. To co w kanadzie jest dozwolone w Kompani Europejskiej jest zakazane, jak chociażby niektóre barwniki spożywcze. Podobnie rzecz się ma z wołowiną i kurczakami. W Kanadzie zezwolono na używanie raktopaminy, dzięki której zwierzęta szybciej przybierają na wadze. Środek ten u nas jest zakazany.

- A jeszcze jedno John, ten cały dokument CETA ma w zależności od wersji językowej od 1400 do 1600 stron. Wątpię czy znajdzie się choćby jeden europejski poseł, który to przeczyta w całości, ale wiem, że podpiszą wszyscy.

 - Jedyna nadzieja kapitanie w tym, że nasza polska żywność jest może i o 100 procent droższa od kanadyjskiej, ale za to o 100 razy lepsza i zdrowsza, a nasze społeczeństwo ma już coraz to większą tego świadomość.

- Wypijmy więc za to John. Zdrowie.

 - Zdrowie kaptan. Ahoj

 - Ahoj.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spotkałem nowe kompanije

01 lis

Bieszczady 20011 008

- Witaj John. Miałem ostatnio trochę wolnego czasu, więc wybrałem się w rejs po Polsce i powiadam ci John, że spotkałem wiele interesujących kompanii, które podobnie jak moja działają dla bezpieczeństwa naszych ziem, wód i wszystkiego życia co się na nich znajduje.

- Witaj kapitanie. Wielkie jest wasze zadanie i dobrze się dzieje, że spotkałeś sojusznicze siły w walce o nasze zdrowie i życie. Nie żadne łączenie, ale wspólne działanie wielu osobnych i niezależnych flot jest już sprawdzonym zasadniczym elementem tej walki. A jakież to bandery spotkałeś Wać pan na swoim kursie.

 - Ano razu pewnego z lewej burty minął mnie okręt flagowy, na którym zobaczyłem proporzec z literami WPJ. Po wykonaniu obrzędowych salutów i zwyczajowego przedstawienia się dostałem informację, że WPJ to witalizacja polskiej wsi.

- Chcesz wyjechać na wieś?

- Prawdę mówiąc zawsze na niej byłem. Wieś jest mi bliższa niż miasto, ale wieś która żyje swoim naturalnym rytmem nie zakłócanym przez nowobogackich miastowych budujących na terenach wiejskich rezydencje i pałace by tylko tam mieszkać. Moja wieś to przede wszystkim rodzinne gospodarstwa rolne produkujące zdrową żywność dla siebie i dla szerszego społeczeństwa. Polska jest ciągle jednym z niewielu krajów, gdzie panują warunki niezbędne do naturalnej produkcji zdrowej żywności. Mamy rolnictwo rodzinne, mniej wynaturzone przez chemię i inżynierie niż w krajach zachodnich. Mamy, dzięki Bogu małe i średnie gospodarstwa i żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają , jak po Bożemu tę glebę uprawiać i po gospodarsku hodować zwierzęta. Żywe są też tradycje wiejskie i domowe, wspólnotowe, które spajają w organiczną całość życie w zgodzie z naturą i tworzą naturalne więzi społeczne. To nie musi być czas przeszły, bezpowrotnie miniony, John.

- No, podoba mi się ta dewiza. Wiesz przecież, że ja strasznie lubię wszystko co jest ludowe, z wyjątkiem PRL-u i „Trybuny Ludu”, ale to już na pewno czas bezpowrotnie miniony.

- No nie wiem John, może jeszcze powrócić w innej formie.

- Kapitanie, a ta druga bandera to?

- Tę drugą minąłem z prawej burty tak blisko, że od razu rozpoznałem flagę PQF, czyli Polish Quality Food. To marynarka, która wytwarza, certyfikuje i promuje na świecie polską żywność najwyższej jakości. W jej flocie jest eskadra która gwarantuje tę jakość. To IPJ – Instytut Polskiej Jakości.

- Zaraz zaraz kapitan. Przecież macie już PIW w Puławach i wasz znak jakości. Po co te jeszcze jedne?

- IPJ działa na zasadzie partnerstwa publiczno – prywatnego, a towary ze znakiem jakości PQF rozprowadzane będą przez „Spółdzielnię PQF – Dobro Wspólne”. W przeciwieństwie do mojej kompani to nie są instytucje państwowe.

- Nie ma to jak znaleźć na szerokich wodach bratnią mać marynarską, trzeba to uczcić kapitan, polać ?

- Jasne John. Wina!

- Się robi kapitan. Zdrowie sprzymierzeńców!

- Zdrowie! Ahoj!

- Ahoj!

  

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

John szuka zdrowego żarcia.

23 paź

viking

- Witaj stary Johnie, co tam słychować u waćpana?

 - A witaj, kapitan. Słuchaj mości kapitanie, tak się przejąłem tym, co poprzednio mówiłeś o twojej Kompani, że trzeba sprawy wziąć w swoje własne ręce. Jak wiesz kuchnia u mnie dobra, ale jeśli chodzi o żywność to musi być bezpieczna.

 - Święte słowa John. Musimy już teraz szukać własnych źródeł zdrowej żywności, bo jest wielce realne, że przegramy tę wojnę. Nie mniej jednak walczymy. Z każdym dniem rośnie poparcie społeczne dla nas. Ludzie nie chcą zmian, my też nie. Mamy poparcie związków branżowych, stowarzyszeń, a nawet w samej Izbie Lordów. Klarujemy nasze statki szykując je do obrony, zakładamy siatki, aby utrudnić abordaż i aby chroniły nas przed kulami łańcuchowymi, szykujemy działa, w ładowniach gromadzimy kule i proch. Jednym słowem John, wojna nieunikniona. Królewska armada pnie w zaparte, a my już teraz wypływamy naprzeciw z naszymi hasłami wolności, niezależności i samodzielności. Za nami stoi wiedza i doświadczenie, uznanie i autorytet. Tego nie ma  i nie będzie miała ta nowa kompania, bo na to trzeba sobie zasłużyć. Na dobrą opinię trzeba pracować przez wiele lat, John.

- Racja kapitanie, a jeśli chodzi o te nowe źródła to całkiem niedawno nawiedził mnie pewien weterynarz, niejaki Paolo Garbelli z Włoch.

 - Mówi się lekarz weterynarii John, brzmi ładniej, a z pewnością bardziej kulturalnie. Czy, jak jesteś chory to idziesz do lekarza, czy do medyka?

- Ok, kapitan. No więc ten dr. Garbelli przez 11 lat pracował jako lekarz weterynarii, leczył psy, koty i inne gady, aż w końcu, jak ty to ująłeś, wziął sprawy w swoje ręce i zajął się hodowlą świń i produkcją szynki parmeńskiej i szynki San Daniele. W swoim gospodarstwie ograniczył zastosowanie antybiotyków i innych chemikaliów o 90 % poprawiają warunki dobrostanu zwierząt i zastosowaniu ozonu do paszy i do powietrza w chlewni. Ozon ma właściwości antybakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybicze. 

- Przecież w naszym kraju można stosować antybiotyki jedynie w paszach leczniczych. Nie ma mowy o stosowaniu antybiotyków w profilaktyce. To jest teraz naprawdę ściśle kontrolowane John przez naszą Kompanię.   Nie wiem tylko, co będzie potem, jak ją rozwalą.

- No właśnie, kapitan. Jak was za przeproszeniem  rozwalą, to ja już będę miał zapewnione inne źródła żywności do mojej tawerny. Już zamówiłem u dr. Gerbelliego jego szynkę na Święta. Będzie z certyfikatem Związku Hodowców Wolny od Antybiotyków – „Antybiotyk Free”.

- Co to za związek, John?

- To związek hodowców trzody chlewnej o angielskiej nazwie „Very Italian PIG” z siedzibą w Leno w prowincji Brescia, skupiający hodowców, którzy proponują hodowlę bez stosowania antybiotyków. Dostali już zamówienia na swoje produkty ze Stanów Zjednoczonych i z wielkiej Brytanii. Coraz więcej producentów mięsa zaczyna się organizować, by w hodowli zwierząt zrezygnować ze środków chemicznych. Doktor weterynarii Paolo Garbelli koordynuje tego typu przedsięwzięcia i nadzoruje je od strony medycznej.

- A więc prywatny nadzór w miejsce, albo obok państwowego.  To już się dzieje i u nas John. Wiesz, że na fermach drobiarskich dostarczających swoje produkty do TESKO ten koncern  pobiera próby do badania w kierunku pałeczek Salmonella pomimo wystawienia oficjalnych urzędowych świadectw zdrowia?

 - A widzisz kapitan, zaufanie już zaczyna spadać.

- Polej, John jakiejś okowity, bo czuje się struty i zmyty.

- Się robi kapitan. Wódkę mam bezpieczną.

 - No bo nie masz czeskiej…cha, cha cha.

 - Zdrowie kapitan.

- Zdrowie John. Ahoj!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oficerek od swiń i bydła na moim pokładzie

06 paź

Bark

- Wpakowali mi na pokład zwierzęta John.

 - No, co ty, kapitan! Przecież ty paszowiec

- Samo to jeszcze jakoś ujdzie, ale razem z tymi zwierzętami przydzielili mi oficera od ich dobrostanu i wiesz co John, to jest ten sam gość, co wpakował się na mnie na Baryczy.

 - Nieciekawa sprawa. A mogłeś odmówić?

  – Uczciwie przyznaję, dano mi wybór, że albo sam wezmę te zwierzaki i sam zadbam o ich dobrostan, albo powierzę to owemu oficerkowi. Zgodziłem się bo myślałem, że będę miał mniej roboty.

 - No to chyba zrozumiałe.

 - Tak John, Roboty to może i ja mam mniej, ale nie dlatego, że on jest na pokładzie mej łodzi tylko, że działa po prostu destrukcyjnie na moją robotę.  Przeszkadza, po prostu zawadza. Wszędzie go pełno.  Po trzech rejsach powiedziałem szefowi, że jednak będę woził zwierzęta i pasze sam, a oficerek niech wozi swoje świnki i bydlaki w osobnej balii.

  – No i co?

 - Oficerek przestał się do mnie odzywać, a gaduła z niego wielka.  Ale ja wczoraj zrobiłem trzy kursy ze zwierzętami i dwa z paszami tymczasem on jeszcze po swoje nawet nie popłynął.

 - Polać kapitan?

 - Jasne John. Dziś stoję w porcie. Barowa pogoda. Pada już od kilku dni. Winogron mi pięknie obrodził w tym roku. Nastawiłem dwa balony wina.

 - Pomidory też się udały.

 - To prawda John. Nie pamiętam takich czasów, w których mogłem je jeść do woli. Cały sezon niemal codziennie jajecznice z pomidorami, sosy i zupy pomidorowe, pasty, sałatki, leczo , te koktajlowe to jadłem jak cukierki z miseczki. Do tej pory wiszą jeszcze na krzakach, ale nie wiem co się z nimi dzieje, bo cały czas leje. Jak się okażą jeszcze dobre i ładne to sprezentuję je szefowi .

 - Chyba za to, ze uwolnił cię od tego oficerka od dobrostanu. 

 - E tam, tak sobie mu dam, chyba za to, że to po prostu fajny gość, chociaż to że dał mi możliwość wyboru i później pozwolił się mi z tego wyboru wycofać , to chwała mu za to.

 - No to zdrowie szefa.

 - Zdrowie, zwłaszcza, że ma dziś imieniny.

 - Ahoj kapitan

 - Ahoj John.

 

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kompania do rozwałki

25 wrz

 

morze

morze

Czarne chmury zawisły nad moją i nie tylko moją Kompanią. Królowa i jej świta już szykuje potężną armadę by rozszarpać na strzępy nasze flotylle i powołać na ich miejsce jedną wspólnotę w której admirał wcale nie musi być marynarzem. Każda z naszych  Kompani wypełniała ściśle określone powierzone  jej działania zapewniając bezpieczeństwo na wszystkich wodach naszego terytorium. Teraz, jeśli przegramy to nie wiadomo co będzie, ale na pewno nie będzie bezpiecznie. Piraci, przed którymi chroniliśmy całe nasze społeczeństwo już zacierają ręce. Będą mogli niemal swobodnie nabijać ludzi w butelkę i robić ich w balona. Podłe czasy   nastaną, a jedyną obroną na nie będzie nie kupowanie żadnych towarów które przejdą przez łapska tej bliżej nieokreślonej wielkiej wspólnej kompanii. Bezpieczny będzie jedynie nasz własny ogródek i nasze wyhodowane przez nas zwierzę. Idę do Johna. On już coś takiego ma. U niego można bezpiecznie zjeść i wypić.   

 - Witaj John, co masz dzisiaj dobrego?

 - Witaj kapitan, wieki cię nie było.    Wiem, że nie jadasz mięsa , ale mam dla ciebie dziś pieczonego karpia w sosie koperkowym z ziemniakami pieczonymi w ognisku i grillowaną papryką.    Wszystko z mojej wody i mojej ziemi.  

  – Dlatego tak dobrze smakuje twoje jedzenie. Daj mi jeszcze dobrego wina, bo muszę  rozwiać złe myśli.

 - A cóż ci na wątrobie siedzi, kapitan?

 - Chcą rozwalić  moją Kompanię John.

 - Kto?

 - Możni tego świata. 

- Masz tu wino kapitan i opowiadaj, co się dzieje?

 - Już we wczesnych powojennych latach utworzone zostały kompanije, które według swej kompetencji strzegły jakości towarów. Różnie to z tym na początku bywało, ale teraz jeśli przynajmniej o moją kompanię chodzi, to mogę ci powiedzieć John, że nasz znak jakości którym pieczętujemy powierzone nam towary gwarantują zdrowie i bezpieczeństwo wszystkim ludziom nie tylko w Polsce ale również i w Europie, a nierzadko także poza Kompanią Europejską.    Nasza kadra to ludzie z odpowiednim wykształceniem, specjalizujący się w wielu dziadzinach, nieustannie szkoleni. Nasze bazy i porty są doskonale wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt  do tępienia wszelkiego piractwa.    Ten nowy twór, który za niedługo ma powstać już tego nie zapewnia. Jak w dziewiętnastym wieku na pokłady naszych jednostek wejdą ludzie z łapanki bez wiedzy, bez przygotowania i bez doświadczenia.    Obawiam się John, że nasz znak jakości straci na wartości.  Zagranica nie kupi naszych towarów, a i my sami nie będziemy pewni ich bezpiecznych parametrów.

 - Wielkie nieba, kapitan, to co z nami będzie?

 - Ano pożyjemy zobaczymy, ale póki my żyjemy jedzmy i pijmy za nasze zdrowie John. Jedno jest pewne John, bez walki się nie poddamy. Wielkim orędownikiem w naszej sprawie może się okazać samo nasze społeczeństwo.

 - Ja was popieram.

 - To podpisz petycję w naszej sprawie na www.bezpieczna-zywnosc.pl

 -  Się zrobi. Tymczasem twój karp właśnie wylądował na stole.

 - już się do niego dobieram John.                                

 


 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Katastrofa

07 lip

rzeka

- przychodzę dziś do tawerny jako rozbitej, John.

- co się stało, kapitan?

- katastrofa John, mówię ci katastrofa.

- polać?

- i to podwójnie John.

- opowiadaj kapitan.

- Znasz wody doliny Baryczy. To wody spokojne, bezpieczne i urokliwe zarazem. Dobrze mi się tu pływało i tak było owego pamiętnego dnia. Spokojny rejs w górę rzeki. Przede mną rozpościerała się wspaniała perspektywa lipcowego krajobrazu Odry. Jasna przejrzysta atmosfera pozwalała mi głębokie spojrzenie sięgające daleko poza niczym niezmącony horyzont.  Prognozy były dobre i po raz pierwszy od wielu, wielu lat czułem się bezpieczny, a nadzieja powoli zamieniała się w pewność, że wszystko będzie ok. Aż tu nagle od strony Głogowa pojawiła się jakaś barka. Sunęła prosto na mnie, choć to ja miałem wolny tor. Powinna mnie minąć z lewej burty, lecz ona szła dalej niezmienionym kursem na czołówkę i na dodatek jeszcze włączyła syrenę żebym to ja ustąpił. Jużem chciał to uczynić, ale na manewry było już za późno. Walnęliśmy w siebie z wielkim łoskotem zgniatanych blach, turbulencją całego chwiejącego się pokładu z mnóstwem wywracanych i przesuwających się po nim przedmiotów. Tamta barka była większa od mojej i jej zniszczenia były mniejsze. Moja jednostka szybko nabierała wody i po krótce znalazłem się o całe piętro poniżej statku, który mnie staranował. Musiałem się ewakuować.

 - moje wielkie współczucie kapitanie. Dobrze, że nic ci się nie stało. No, a tamten został choć ukarany za tę katastrofę?

- nie John. Powiem więcej. W pewnym sensie to ja zostałem ukarany. Moją barkę wyremontowano, ale przerobiono ją na paszowca .

- na paszowca? Hm…masz jednak i tu pewne doświadczenie.

- no właśnie John. Od czasu, gdy pływałem pod banderą Dolpaszu i Araju minęło wiele lat. Wiele się od tamtej pory zmieniło. Nie byliśmy wtedy nawet w Unii. Dziś pasze to zupełnie inny świat, inne prawo inne przepisy.

 - dasz radę, kapitan, a co do Unii to zaczyna ona się powoli sypać. Jest Brexit, może być i Polexit.  

 - Anglicy mogą sobie na to pozwolić, John, my raczej nie, ale eurosceptycy rzeczywiście rosną w siłę.

 - przy słabej Unii to może być niebezpieczne.

 - dlatego jestem zwolennikiem starego PRL-owskiego hasła z planu pięcioletniego, które po modyfikacji brzmi:  „Aby Unia rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej”.

- i za to wypijemy, kapitan.

- Wiwat Unia, wiwat polska reprezentacja, spadajcie Angole.

- już wylecieli.

- tak John, Anglia odpadła Walia zostaje.

- sypie się kolejne imperium, tym razem brytyjskie. Twoje zdrowie, kapitan.

- twoje zdrowie John.   

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Upadek imperium

19 cze

Rawenna

- Kapitanie, jakie morze cię przywiało do tawerny?

 

- Adriatyk, John.

 

- Długo tam pływałeś .Prawie dwa miechy cię tu nie było.

 

 - zasiedziałem się w Rawennie.

 

 - W Rawennie?

 

 - Tak John, to ostatnia stolica wielkiego imperium rzymskiego. Chciałem się do dowiedzieć dlaczego upadło?

 

 - Ponoć wykończyła ich ołowica. Nagminnie używali ołowianych i cynowych naczyń.

 

 - Rzeczywiście niektórym wodzom i cesarzom na mózg padło od tego ołowiu, ale to nie jest główną przyczyną.

 

 - to może to, że faceci nadmiernie korzystali z term. Nie sprzyjało to przyrostowi naturalnemu.

 

 - Częste mycie skraca życie, a codzienne przebywanie Rzymian w łaźni parowej nawet go nie daje. Jaja, choć parzyste, to jednaj sparowane, ale to też nie ta przyczyna, John. 

 

 - No to może pewne rozluźnienie dyscypliny, upadek dobrych obyczajów, ogólne rozprężenie….

 

 - No jesteś blisko, John. To z pewnością dobiło wielkie imperium, ale jest jeszcze coś.

 

 - Już wiem, kapitan. Powiedziałeś Rawenna. Otóż moim zdaniem zbyt późno przeniesiono stolicę imperium z Mediolanu do Rawenny. Wielka potęga Rzymu mogła się utrzymać tylko wtedy gdy panowałaby na morzu, a tak wielki Rzym zdechł pod płotem zmyty przez fale Adriatyku.

 

 - Kto ma morze, wszystko może, albo, kto ma morze ten ma władzę.

 

 - Coś w tym rodzaju, pouczające, nie…      Powiedziałeś kapitan, że jestem blisko, więc co  było tą dosadną przyczyną?     

 

 - Wielki napływ imigrantów, John.

 

 - Wielkie nieba, kapitan…co ty…

 

 - Tak John. Hunowie napadli na Bałkany. Ludzie zaczęli uciekać na tereny cesarstwa, przez granice imperium, które stały się nieszczelne. To byli Goci. Było ich tak wielu, że stała się niemożliwa wszelka asymilacja z nowym środowiskiem i społecznością. Rzymianie odnosili się do nich z pogardą. Niebawem Goci zaczęli wzniecać różnorakie zamieszki, a nawet powstania zbrojne ,aż w końcu w 410 roku im się udało.  Dawna cesarska rezydencja czyli Rzym został obrócony w perzynę.

 

 - Pouczająca historia, kapitan.

 

 - Jasne, ale tego na historii w szkole nie uczą, rozumiesz John…poprawność polityczna. Ale gwoździem do trumny było jeszcze coś innego. Rzymianie przyznawali obywatelstwo niemal każdemu, kto o nie poprosił, pozwalali obcokrajowcom robić kariery zawodowe nawet we własnej armii.  To waśnie żołnierze wcieleni do wojska z podbitych ziem, kiedy Orestes – ostatni cesarz, obiecał im ziemię i tej obietnicy nie dotrzymał najnormalniej w świecie wybrali sobie nowego wodza, a samego Orestesa  po prostu zabili.

 

 - I tak barbarzyńcy obalili cywilizowany kraj. Straszne…

 

 - ale prawdziwe, John. Naprawdę pouczająca historia.

 

 - Tylko, że nas pouczają politycy, a nie historia, których kart nikt nie chce słuchać.

 

 - A historia lubi się powtarzać.

 

 - I często się powtarza.

 

 - Polej John, póki wolno nam się jeszcze napić w tym kraju.

 

- Się robi, kapitan.         

 

 

 

 

 

 

 

                       

 

 

 

 

 

             

 

 

 

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszyscy jesteśmy emigrantami

29 mar

galion 1

Jakoś przezimowałem. Czuję wiosnę w kościach. Pora zacząć się ruszać. Chyba zacznę od odwiedzin Johna. Dawno mnie tam nie było. W „Tawernie Pod Wrakiem” znalazłem sporą grupę mówiącą po ukraińsku. Kobiety mężczyźni i dzieci. Wszędzie, na ławach, na podłodze a nawet na stołach pełno było ich tobołków, toreb, waliz i różnego rodzaju zawiniątek. Wśród nich zauważyłem starego Johna, który uwijał się serwując im makaron spaghetti z sosem pomidorowym. Zauważyłem, że nie kasował pieniędzy. Dziwne i nie spotykane u Johna. John zauważył mnie dopiero wtedy, gdy odnosił brudne talerze.

 

- A powitać szanownego kapitana w mych skromnych progach.

 

- Witaj, John. Co to za jedni? – spytałem skinąwszy głową na to dość egzotyczne towarzystwo.

 

 - Emigranci. To Ukraińcy, ale większość ma polskie korzenie. Są w drodze do obozu dla uchodźców.

 

 - Dajesz im makaron za darmo?

 

- Nie zupełnie. Rachunek mam przedstawić w Urzędzie Gminy.

 

- Jakieś 70 lat temu John, moi przodkowie jechali w bydlęcych wagonach ze Wschodu na Zachód, być może nawet z tych samych stron, co oni.

 

- Nie wiedziałem.

 

- Bo nie pytałeś Moi dziadkowie i babcie, a co za tym idzie i moi rodzice są uchodźcami. Pochodzą z małej wioski Łukowiec leżącej pod Lwowem. Kiedyś była tam Polska, potem CCCR, a teraz jest Ukraina..

 

- No właśnie kapitanie. Ciekawe, skąd się tam na Wschodzie wzięło takie nazwisko, jak Twoje?

 

 - Nie wiem John. Sam się nad tym zastanawiałem i kiedyś nawet dostałem taki list z Uniwersytetu Wrocławskiego z zapytaniem o moje pochodzenie i ewentualnie moje tzw. drzewo genealogiczne. Robili, bowiem, jakieś tam badania nad genezą polskich nazwisk.

 

 - I co? Doszli do czegoś.

 

 - Nie określili tego dość jasno, John, ale stwierdzili, że najprawdopodobniej wywodzimy się z rodu Wikingów.

 

 - Wielkie nieba, kapitan Wikingiem….

 

 - Już w dzieciństwie moi koledzy przezywali mnie  Batory, bo tak fonetycznie pasowało..

 

 - Ponoć Stefan Batory też był Wikingiem.

 

- A zatem w królu polskim też płynęła krew imigranta.

 

- Raczej najeźdźcy.

 

-.. Który jednak się zasymilował ze Słowianami.

 

- No, właśnie zasymilował. Przyjęli wiarę naszych ojców, nasze obyczaje, naszą kulturę i tylko ślad w postaci dziwnych nazwisk zupełnie niesłowiańskich po nich dziś pozostał.

 

- A wiesz co, John? Powiem ci, że ja już w szkolnej ławie siedziałem z uchodźcą. Był Grekiem. Nazywał się Chrisstotomos Charitos. Dla nas był Tomkiem. Jego rodzina musiała uchodzić ze swojej ojczystej ziemi po przymusowym wysiedleniu całej wioski. Za lewicowe poglądy rodziców Tomka groził im obóz koncentracyjny. Nie było wyjścia, musieli uciekać. Polska w tym czasie otworzyła granice dla wszystkich Greków. emigrujących w wyniku prześladowań. Tomek urodził się w obozie przejściowym dla uchodźców w Świnoujściu. Doskonale mówił po polsku, ale w jego domu rozmawiano wyłącznie po grecku. W szkole podstawowej siedziałem z nim w jednej ławce. Zaliczałem go w poczet moich najlepszych kolegów i przyjaciół. Pamiętam, jak dzielił się ze mną po kryjomu pod ławką z przyniesionymi z domu oliwkami i pomarańczami, w tych czasach niemal niemożliwych do zdobycia w PRL. Kiedy w Grecji przestała panować junta pułkowników i do rządu weszła demokratyczna partia  „Nea Dimocratia” z Karamanlisem na czele rodzina Tomka powróciła do swojej ukochanej ojczyzny. Pasją Tomka były samoloty. Potrafił rozpoznać każdy model samolotu przelatujący nad nami. Jego marzeniem było zostać w przyszłości pilotem.

 

 - A wiesz co, kapitan? Ja też mam przyjaciela uchodźcę.

 

 - Twoi przyjaciele John są moimi przyjaciółmi.

 

 - Poczekaj, poczekaj. Ten mój jest islamistą. Pochodzi z Iranu, ale twierdzi, że nie jest Irańczykiem, lecz Persem. Dzisiejsi obywatele Iranu to w głównej mierze potomkowie ludu, który najechał i okupował Persję. Dalej tak uważa, że Iran to terytorium okupowanej Persji.

 

 - Podobna historia, jak Indianie w Ameryce, czy Aborygeni w Australii

 

 - Tak, tylko że dziś prawdziwych Persów już nie ma. Wyginęli albo rozproszyli się po świecie, jak mój przyjaciel właśnie.

 

 - Tak, jak Cyganie. Dziś prawdziwych Cyganów też nie ma.

 

 - Tyle, że Cyganie wędrują po świecie po świecie ze swojej własnej woli. Mój przyjaciel musiał uciekać z Iranu, bo Chomejni powołał go do wojska i przydzielił do plutonu egzekucyjnego. Uciekł z wojska i za to zaocznie nadano mu wyrok śmierci. Uciekł do Polski, bo wtedy nasz socjalistyczny kraj był dość szczelną ochroną przed islamskimi ekstremistami, którzy wierzą, że  zabicie mego przyjaciela przyniesie im chwałę w Niebie. Nawet dziś, choć anulowano mu wyrok śmierci, nie wiem czy mogę zdradzić jego imię. Mieszka w Polsce. Ożenił się  z Polką. Mają piątkę dzieci. On chodzi w niedzielę do meczetu, a żona i dzieci do kościoła. On o 12-tej  modli się na dywaniku zwrócony twarzą w stronę Mekki, a ona na tym samym dywaniku odmawia Anioł Pański zwrócona w stronę Częstochowy.

 

- Wszystko można pogodzić tam, gdzie panuje miłość i tolerancja. Chociaż mnie z trudem przychodzi pogodzić się z pewnym epizodem w mojej przeszłości związanym z uchodźcami.

 

- zamieniam się w słuch, kapitan.

 

- Po ukończeniu Akademii Morskiej  w Szczecinie chciałem nabrać jakiegoś doświadczenia i włóczyłem się po Europie mustrując się z jednej łajby na drugą i pewnego razu los rzucił mnie do brzegów Estonii. Estonia wtedy gniła w marazmie komunizmu. Pamiętam, jak siedząc sobie w tawernie w Tallinie niemal napastowała mnie grupa kilkudziesięciu Estończyków, którzy kupili jakiś stary okręt i chcieli nim uciec najpierw do Szwecji, a potem do Ameryki.  Jak to się mówi, byłem młody i głupi. Pochlebiało mi to, że zwracali się do mnie per kapitan. Ci wszyscy ludzie byli zdeterminowani, pamiętam matkę z trzymiesięcznym dzieckiem na ręku, śliczną czarnowłosą dziewczynką. Błagała mnie ze łzami w oczach, bym się zgodził przeprowadzić statek przez ocean ratując ją samą dziecko i męża przed zsyłką do łagrów syberyjskich, bo muszę ci powiedzieć John, że miałem do czynienia z elitą dysydentów estońskich uważających Rosjan za okupantów. Jakież to było dla mnie znajome. No, i jak tu nie pomóc było nie było braciom w niedoli, takiej samej, a może jeszcze gorszej aniżeli tej naszej, polskiej. Statek był w kiepskim stanie. Poszycie prawie przegniłe. Zaopatrzenie w prowiant marne. Z przyrządów nawigacyjnych miałem jedynie sekstant, kompas, zegarek i kiepskie mapy. Całe szczęście, że nawigacja w Akademii Morskiej stała na wysokim poziomie. Przez pierwsze dni było nawet nieźle. Zrobiłem cztery i pół tysiąca mil bez większych problemów. Jednak potem zaczęło się piekło. Jakieś półtora tysiąca mil na południowy zachód od Florydy na horyzoncie zobaczyłem czarne chmury. Powiało wiatrem nieprzyjemnym, który w krótkim czasie zamienił się w prawdziwą wichurę. Wysiadła radiostacja, a więc nici z ewentualnego S.O.S. Nie miałem barometru, ale i bez niego wiedziałem, co mnie czeka. Uderzenia fal nadwyrężyły burty okrętu i rozluźniły deski poszycia. Żaglowiec zaczął przeciekać. Woda wdzierała się z dołu i góry, bo lało niemiłosiernie. Kazałem zamknąć wszystkie włazy i luki. Pompy nastawione na „ful” nie dawały rady. Mężczyźni wylewali wodę wiadrami podając je sobie z rak do rąk. Kobiety wylewały wodę garnkami i patelniami. Pomieszczenie, w którym znajdował się silnik do połowy było zalane wodą. Silnik o dziwo pracował, ale rozgrzany emitował niezliczone ilości pary. Tu mężczyźni również wylewali wodę. Kobiety i mężczyźni swoim odzieniem, a jeśli i to nie pomagało, to własnymi ciałami zasłaniali szczeliny przez które sączyła się woda.   Z przerdzewiałych, nieszczelnych  zbiorników  z wodą słodką pozyskiwano wodę zmieszaną z wodą morską i fekaliami. Ludzie, a zwłaszcza dzieci zaczęli chorować, głównie na dyzenterię. Przed kingstonem, podobnym do wiejskiego wychodka w gospodarstwie mojego dziadka, powiadam ci John, brakowało tylko tego wyciętego w deskach serduszka, nieustannie stała kolejka. Pod pokładem panował zaduch, smród nie pranych pieluch,  potu, wymiocin i ekskrementów. Był nie do zniesienia. Po czterech dniach walki z żywiołem ludzie słaniali się z wycieńczenia, ale nadzieja na ocalenie nigdy ich nie opuściła, a dnia piątego zajaśniała całą swoją mocą. Morze się uspokoiło. Otwarto wszystkie luki i włazy. Zaczęliśmy uszczelniać wszystkie szczeliny pakułami i smołą. Statek nadal przeciekał, ale pompy dawały już radę. Okręt wysechł na tyle, że ludzie a zwłaszcza dzieci wracały powoli do zdrowia. Nie mniej jednak straciłem kilku ludzi wśród pasażerów. Co najmniej dwóch fale zmyły z pokładu za burtę, reszta zmarła z wycieńczenia i biegunki. Niestety zmarła też i ta czarnowłosa dziewczynka, której matka tak mnie błagała o zgodę na ten rejs. Dziś, John z perspektywy czasu uważam to za cud, ale pomimo to wciąż mam ten obraz rozpaczającej matki pochylonej nad martwą czarnowłosą trzymiesięczną córeczką. Po kilku następnych dniach dowlekliśmy się do portu w Jackonville i tam okręt zatonął. Ocalało 54 Estończyków, którzy po kilkumiesięcznej kwarantannie rozjechali się po całych stanach Zjednoczonych, a niektórzy z nich trafili nawet do Kanady.

 

 - Nie lada wyczyn, kapitan. Jesteś bohaterem.

 

- Ja się tak nie czuję, John. Wolałbym po stokroć tonąć podczas sztormu, aniżeli patrzeć przez kilka dni na zwłoki kilkumiesięcznej dziewczynki i na zrozpaczoną matkę.                

 

- No, ale my tu gadu, gadu, a piwo się grzeje.

 

 - Oj tak, Jon. Polewaj bo zaraz muszę  już iść. Mam umówioną wizytę u fryzjera.

 

- U tej Ukrainki.

 

 - Skąd wiesz?

 

- Też tam chodzę.

 

- Biedna, musiała zostawić wszystko i uciekać przed wojną razem z dziećmi. Mąż zginął na froncie.

 

 - Ale strzyże dobrze, no i jest ładna.

 

 - Aż kusi by poflirtować, dlatego chodzę do niej razem z żoną, by nie kusiło. Swietłana wtedy w promocji strzyże mnie za darmo kasuje jedynie żonę.

 

 - No popatrz kapitan, jak to koło się zamyka. Płynie w tobie krew Wikingów, twoje korzenie pochodzą z ukraińskiej ziemi, która kiedyś była Polską, a teraz idziesz do fryzjerki, która być może pochodzi z tych samych okolic, co twoi rodzice.

 

 - bo my wszyscy jesteśmy uchodźcami John.

 

- No właśnie. Zapomniałem, że ty sam włóczyłeś się po świecie za chlebem.

 

 - Bogu dzięki, że osiadłem w końcu na mej ojczystej dolnośląskiej ziemi.

 

- Zaiste, wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.  

 

- Ahoj, John!

 

- Ahoj, kapitan!       

 

                                      

 

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii