RSS
 

Kompania do rozwałki

25 wrz

 

morze

morze

Czarne chmury zawisły nad moją i nie tylko moją Kompanią. Królowa i jej świta już szykuje potężną armadę by rozszarpać na strzępy nasze flotylle i powołać na ich miejsce jedną wspólnotę w której admirał wcale nie musi być marynarzem. Każda z naszych  Kompani wypełniała ściśle określone powierzone  jej działania zapewniając bezpieczeństwo na wszystkich wodach naszego terytorium. Teraz, jeśli przegramy to nie wiadomo co będzie, ale na pewno nie będzie bezpiecznie. Piraci, przed którymi chroniliśmy całe nasze społeczeństwo już zacierają ręce. Będą mogli niemal swobodnie nabijać ludzi w butelkę i robić ich w balona. Podłe czasy   nastaną, a jedyną obroną na nie będzie nie kupowanie żadnych towarów które przejdą przez łapska tej bliżej nieokreślonej wielkiej wspólnej kompanii. Bezpieczny będzie jedynie nasz własny ogródek i nasze wyhodowane przez nas zwierzę. Idę do Johna. On już coś takiego ma. U niego można bezpiecznie zjeść i wypić.   

 - Witaj John, co masz dzisiaj dobrego?

 - Witaj kapitan, wieki cię nie było.    Wiem, że nie jadasz mięsa , ale mam dla ciebie dziś pieczonego karpia w sosie koperkowym z ziemniakami pieczonymi w ognisku i grillowaną papryką.    Wszystko z mojej wody i mojej ziemi.  

  – Dlatego tak dobrze smakuje twoje jedzenie. Daj mi jeszcze dobrego wina, bo muszę  rozwiać złe myśli.

 - A cóż ci na wątrobie siedzi, kapitan?

 - Chcą rozwalić  moją Kompanię John.

 - Kto?

 - Możni tego świata. 

- Masz tu wino kapitan i opowiadaj, co się dzieje?

 - Już we wczesnych powojennych latach utworzone zostały kompanije, które według swej kompetencji strzegły jakości towarów. Różnie to z tym na początku bywało, ale teraz jeśli przynajmniej o moją kompanię chodzi, to mogę ci powiedzieć John, że nasz znak jakości którym pieczętujemy powierzone nam towary gwarantują zdrowie i bezpieczeństwo wszystkim ludziom nie tylko w Polsce ale również i w Europie, a nierzadko także poza Kompanią Europejską.    Nasza kadra to ludzie z odpowiednim wykształceniem, specjalizujący się w wielu dziadzinach, nieustannie szkoleni. Nasze bazy i porty są doskonale wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt  do tępienia wszelkiego piractwa.    Ten nowy twór, który za niedługo ma powstać już tego nie zapewnia. Jak w dziewiętnastym wieku na pokłady naszych jednostek wejdą ludzie z łapanki bez wiedzy, bez przygotowania i bez doświadczenia.    Obawiam się John, że nasz znak jakości straci na wartości.  Zagranica nie kupi naszych towarów, a i my sami nie będziemy pewni ich bezpiecznych parametrów.

 - Wielkie nieba, kapitan, to co z nami będzie?

 - Ano pożyjemy zobaczymy, ale póki my żyjemy jedzmy i pijmy za nasze zdrowie John. Jedno jest pewne John, bez walki się nie poddamy. Wielkim orędownikiem w naszej sprawie może się okazać samo nasze społeczeństwo.

 - Ja was popieram.

 - To podpisz petycję w naszej sprawie na www.bezpieczna-zywnosc.pl

 -  Się zrobi. Tymczasem twój karp właśnie wylądował na stole.

 - już się do niego dobieram John.                                

 


 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Katastrofa

07 lip

rzeka

- przychodzę dziś do tawerny jako rozbitej, John.

- co się stało, kapitan?

- katastrofa John, mówię ci katastrofa.

- polać?

- i to podwójnie John.

- opowiadaj kapitan.

- Znasz wody doliny Baryczy. To wody spokojne, bezpieczne i urokliwe zarazem. Dobrze mi się tu pływało i tak było owego pamiętnego dnia. Spokojny rejs w górę rzeki. Przede mną rozpościerała się wspaniała perspektywa lipcowego krajobrazu Odry. Jasna przejrzysta atmosfera pozwalała mi głębokie spojrzenie sięgające daleko poza niczym niezmącony horyzont.  Prognozy były dobre i po raz pierwszy od wielu, wielu lat czułem się bezpieczny, a nadzieja powoli zamieniała się w pewność, że wszystko będzie ok. Aż tu nagle od strony Głogowa pojawiła się jakaś barka. Sunęła prosto na mnie, choć to ja miałem wolny tor. Powinna mnie minąć z lewej burty, lecz ona szła dalej niezmienionym kursem na czołówkę i na dodatek jeszcze włączyła syrenę żebym to ja ustąpił. Jużem chciał to uczynić, ale na manewry było już za późno. Walnęliśmy w siebie z wielkim łoskotem zgniatanych blach, turbulencją całego chwiejącego się pokładu z mnóstwem wywracanych i przesuwających się po nim przedmiotów. Tamta barka była większa od mojej i jej zniszczenia były mniejsze. Moja jednostka szybko nabierała wody i po krótce znalazłem się o całe piętro poniżej statku, który mnie staranował. Musiałem się ewakuować.

 - moje wielkie współczucie kapitanie. Dobrze, że nic ci się nie stało. No, a tamten został choć ukarany za tę katastrofę?

- nie John. Powiem więcej. W pewnym sensie to ja zostałem ukarany. Moją barkę wyremontowano, ale przerobiono ją na paszowca .

- na paszowca? Hm…masz jednak i tu pewne doświadczenie.

- no właśnie John. Od czasu, gdy pływałem pod banderą Dolpaszu i Araju minęło wiele lat. Wiele się od tamtej pory zmieniło. Nie byliśmy wtedy nawet w Unii. Dziś pasze to zupełnie inny świat, inne prawo inne przepisy.

 - dasz radę, kapitan, a co do Unii to zaczyna ona się powoli sypać. Jest Brexit, może być i Polexit.  

 - Anglicy mogą sobie na to pozwolić, John, my raczej nie, ale eurosceptycy rzeczywiście rosną w siłę.

 - przy słabej Unii to może być niebezpieczne.

 - dlatego jestem zwolennikiem starego PRL-owskiego hasła z planu pięcioletniego, które po modyfikacji brzmi:  „Aby Unia rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej”.

- i za to wypijemy, kapitan.

- Wiwat Unia, wiwat polska reprezentacja, spadajcie Angole.

- już wylecieli.

- tak John, Anglia odpadła Walia zostaje.

- sypie się kolejne imperium, tym razem brytyjskie. Twoje zdrowie, kapitan.

- twoje zdrowie John.   

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Upadek imperium

19 cze

Rawenna

- Kapitanie, jakie morze cię przywiało do tawerny?

 

- Adriatyk, John.

 

- Długo tam pływałeś .Prawie dwa miechy cię tu nie było.

 

 - zasiedziałem się w Rawennie.

 

 - W Rawennie?

 

 - Tak John, to ostatnia stolica wielkiego imperium rzymskiego. Chciałem się do dowiedzieć dlaczego upadło?

 

 - Ponoć wykończyła ich ołowica. Nagminnie używali ołowianych i cynowych naczyń.

 

 - Rzeczywiście niektórym wodzom i cesarzom na mózg padło od tego ołowiu, ale to nie jest główną przyczyną.

 

 - to może to, że faceci nadmiernie korzystali z term. Nie sprzyjało to przyrostowi naturalnemu.

 

 - Częste mycie skraca życie, a codzienne przebywanie Rzymian w łaźni parowej nawet go nie daje. Jaja, choć parzyste, to jednaj sparowane, ale to też nie ta przyczyna, John. 

 

 - No to może pewne rozluźnienie dyscypliny, upadek dobrych obyczajów, ogólne rozprężenie….

 

 - No jesteś blisko, John. To z pewnością dobiło wielkie imperium, ale jest jeszcze coś.

 

 - Już wiem, kapitan. Powiedziałeś Rawenna. Otóż moim zdaniem zbyt późno przeniesiono stolicę imperium z Mediolanu do Rawenny. Wielka potęga Rzymu mogła się utrzymać tylko wtedy gdy panowałaby na morzu, a tak wielki Rzym zdechł pod płotem zmyty przez fale Adriatyku.

 

 - Kto ma morze, wszystko może, albo, kto ma morze ten ma władzę.

 

 - Coś w tym rodzaju, pouczające, nie…      Powiedziałeś kapitan, że jestem blisko, więc co  było tą dosadną przyczyną?     

 

 - Wielki napływ imigrantów, John.

 

 - Wielkie nieba, kapitan…co ty…

 

 - Tak John. Hunowie napadli na Bałkany. Ludzie zaczęli uciekać na tereny cesarstwa, przez granice imperium, które stały się nieszczelne. To byli Goci. Było ich tak wielu, że stała się niemożliwa wszelka asymilacja z nowym środowiskiem i społecznością. Rzymianie odnosili się do nich z pogardą. Niebawem Goci zaczęli wzniecać różnorakie zamieszki, a nawet powstania zbrojne ,aż w końcu w 410 roku im się udało.  Dawna cesarska rezydencja czyli Rzym został obrócony w perzynę.

 

 - Pouczająca historia, kapitan.

 

 - Jasne, ale tego na historii w szkole nie uczą, rozumiesz John…poprawność polityczna. Ale gwoździem do trumny było jeszcze coś innego. Rzymianie przyznawali obywatelstwo niemal każdemu, kto o nie poprosił, pozwalali obcokrajowcom robić kariery zawodowe nawet we własnej armii.  To waśnie żołnierze wcieleni do wojska z podbitych ziem, kiedy Orestes – ostatni cesarz, obiecał im ziemię i tej obietnicy nie dotrzymał najnormalniej w świecie wybrali sobie nowego wodza, a samego Orestesa  po prostu zabili.

 

 - I tak barbarzyńcy obalili cywilizowany kraj. Straszne…

 

 - ale prawdziwe, John. Naprawdę pouczająca historia.

 

 - Tylko, że nas pouczają politycy, a nie historia, których kart nikt nie chce słuchać.

 

 - A historia lubi się powtarzać.

 

 - I często się powtarza.

 

 - Polej John, póki wolno nam się jeszcze napić w tym kraju.

 

- Się robi, kapitan.         

 

 

 

 

 

 

 

                       

 

 

 

 

 

             

 

 

 

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszyscy jesteśmy emigrantami

29 mar

galion 1

Jakoś przezimowałem. Czuję wiosnę w kościach. Pora zacząć się ruszać. Chyba zacznę od odwiedzin Johna. Dawno mnie tam nie było. W „Tawernie Pod Wrakiem” znalazłem sporą grupę mówiącą po ukraińsku. Kobiety mężczyźni i dzieci. Wszędzie, na ławach, na podłodze a nawet na stołach pełno było ich tobołków, toreb, waliz i różnego rodzaju zawiniątek. Wśród nich zauważyłem starego Johna, który uwijał się serwując im makaron spaghetti z sosem pomidorowym. Zauważyłem, że nie kasował pieniędzy. Dziwne i nie spotykane u Johna. John zauważył mnie dopiero wtedy, gdy odnosił brudne talerze.

 

- A powitać szanownego kapitana w mych skromnych progach.

 

- Witaj, John. Co to za jedni? – spytałem skinąwszy głową na to dość egzotyczne towarzystwo.

 

 - Emigranci. To Ukraińcy, ale większość ma polskie korzenie. Są w drodze do obozu dla uchodźców.

 

 - Dajesz im makaron za darmo?

 

- Nie zupełnie. Rachunek mam przedstawić w Urzędzie Gminy.

 

- Jakieś 70 lat temu John, moi przodkowie jechali w bydlęcych wagonach ze Wschodu na Zachód, być może nawet z tych samych stron, co oni.

 

- Nie wiedziałem.

 

- Bo nie pytałeś Moi dziadkowie i babcie, a co za tym idzie i moi rodzice są uchodźcami. Pochodzą z małej wioski Łukowiec leżącej pod Lwowem. Kiedyś była tam Polska, potem CCCR, a teraz jest Ukraina..

 

- No właśnie kapitanie. Ciekawe, skąd się tam na Wschodzie wzięło takie nazwisko, jak Twoje?

 

 - Nie wiem John. Sam się nad tym zastanawiałem i kiedyś nawet dostałem taki list z Uniwersytetu Wrocławskiego z zapytaniem o moje pochodzenie i ewentualnie moje tzw. drzewo genealogiczne. Robili, bowiem, jakieś tam badania nad genezą polskich nazwisk.

 

 - I co? Doszli do czegoś.

 

 - Nie określili tego dość jasno, John, ale stwierdzili, że najprawdopodobniej wywodzimy się z rodu Wikingów.

 

 - Wielkie nieba, kapitan Wikingiem….

 

 - Już w dzieciństwie moi koledzy przezywali mnie  Batory, bo tak fonetycznie pasowało..

 

 - Ponoć Stefan Batory też był Wikingiem.

 

- A zatem w królu polskim też płynęła krew imigranta.

 

- Raczej najeźdźcy.

 

-.. Który jednak się zasymilował ze Słowianami.

 

- No, właśnie zasymilował. Przyjęli wiarę naszych ojców, nasze obyczaje, naszą kulturę i tylko ślad w postaci dziwnych nazwisk zupełnie niesłowiańskich po nich dziś pozostał.

 

- A wiesz co, John? Powiem ci, że ja już w szkolnej ławie siedziałem z uchodźcą. Był Grekiem. Nazywał się Chrisstotomos Charitos. Dla nas był Tomkiem. Jego rodzina musiała uchodzić ze swojej ojczystej ziemi po przymusowym wysiedleniu całej wioski. Za lewicowe poglądy rodziców Tomka groził im obóz koncentracyjny. Nie było wyjścia, musieli uciekać. Polska w tym czasie otworzyła granice dla wszystkich Greków. emigrujących w wyniku prześladowań. Tomek urodził się w obozie przejściowym dla uchodźców w Świnoujściu. Doskonale mówił po polsku, ale w jego domu rozmawiano wyłącznie po grecku. W szkole podstawowej siedziałem z nim w jednej ławce. Zaliczałem go w poczet moich najlepszych kolegów i przyjaciół. Pamiętam, jak dzielił się ze mną po kryjomu pod ławką z przyniesionymi z domu oliwkami i pomarańczami, w tych czasach niemal niemożliwych do zdobycia w PRL. Kiedy w Grecji przestała panować junta pułkowników i do rządu weszła demokratyczna partia  „Nea Dimocratia” z Karamanlisem na czele rodzina Tomka powróciła do swojej ukochanej ojczyzny. Pasją Tomka były samoloty. Potrafił rozpoznać każdy model samolotu przelatujący nad nami. Jego marzeniem było zostać w przyszłości pilotem.

 

 - A wiesz co, kapitan? Ja też mam przyjaciela uchodźcę.

 

 - Twoi przyjaciele John są moimi przyjaciółmi.

 

 - Poczekaj, poczekaj. Ten mój jest islamistą. Pochodzi z Iranu, ale twierdzi, że nie jest Irańczykiem, lecz Persem. Dzisiejsi obywatele Iranu to w głównej mierze potomkowie ludu, który najechał i okupował Persję. Dalej tak uważa, że Iran to terytorium okupowanej Persji.

 

 - Podobna historia, jak Indianie w Ameryce, czy Aborygeni w Australii

 

 - Tak, tylko że dziś prawdziwych Persów już nie ma. Wyginęli albo rozproszyli się po świecie, jak mój przyjaciel właśnie.

 

 - Tak, jak Cyganie. Dziś prawdziwych Cyganów też nie ma.

 

 - Tyle, że Cyganie wędrują po świecie po świecie ze swojej własnej woli. Mój przyjaciel musiał uciekać z Iranu, bo Chomejni powołał go do wojska i przydzielił do plutonu egzekucyjnego. Uciekł z wojska i za to zaocznie nadano mu wyrok śmierci. Uciekł do Polski, bo wtedy nasz socjalistyczny kraj był dość szczelną ochroną przed islamskimi ekstremistami, którzy wierzą, że  zabicie mego przyjaciela przyniesie im chwałę w Niebie. Nawet dziś, choć anulowano mu wyrok śmierci, nie wiem czy mogę zdradzić jego imię. Mieszka w Polsce. Ożenił się  z Polką. Mają piątkę dzieci. On chodzi w niedzielę do meczetu, a żona i dzieci do kościoła. On o 12-tej  modli się na dywaniku zwrócony twarzą w stronę Mekki, a ona na tym samym dywaniku odmawia Anioł Pański zwrócona w stronę Częstochowy.

 

- Wszystko można pogodzić tam, gdzie panuje miłość i tolerancja. Chociaż mnie z trudem przychodzi pogodzić się z pewnym epizodem w mojej przeszłości związanym z uchodźcami.

 

- zamieniam się w słuch, kapitan.

 

- Po ukończeniu Akademii Morskiej  w Szczecinie chciałem nabrać jakiegoś doświadczenia i włóczyłem się po Europie mustrując się z jednej łajby na drugą i pewnego razu los rzucił mnie do brzegów Estonii. Estonia wtedy gniła w marazmie komunizmu. Pamiętam, jak siedząc sobie w tawernie w Tallinie niemal napastowała mnie grupa kilkudziesięciu Estończyków, którzy kupili jakiś stary okręt i chcieli nim uciec najpierw do Szwecji, a potem do Ameryki.  Jak to się mówi, byłem młody i głupi. Pochlebiało mi to, że zwracali się do mnie per kapitan. Ci wszyscy ludzie byli zdeterminowani, pamiętam matkę z trzymiesięcznym dzieckiem na ręku, śliczną czarnowłosą dziewczynką. Błagała mnie ze łzami w oczach, bym się zgodził przeprowadzić statek przez ocean ratując ją samą dziecko i męża przed zsyłką do łagrów syberyjskich, bo muszę ci powiedzieć John, że miałem do czynienia z elitą dysydentów estońskich uważających Rosjan za okupantów. Jakież to było dla mnie znajome. No, i jak tu nie pomóc było nie było braciom w niedoli, takiej samej, a może jeszcze gorszej aniżeli tej naszej, polskiej. Statek był w kiepskim stanie. Poszycie prawie przegniłe. Zaopatrzenie w prowiant marne. Z przyrządów nawigacyjnych miałem jedynie sekstant, kompas, zegarek i kiepskie mapy. Całe szczęście, że nawigacja w Akademii Morskiej stała na wysokim poziomie. Przez pierwsze dni było nawet nieźle. Zrobiłem cztery i pół tysiąca mil bez większych problemów. Jednak potem zaczęło się piekło. Jakieś półtora tysiąca mil na południowy zachód od Florydy na horyzoncie zobaczyłem czarne chmury. Powiało wiatrem nieprzyjemnym, który w krótkim czasie zamienił się w prawdziwą wichurę. Wysiadła radiostacja, a więc nici z ewentualnego S.O.S. Nie miałem barometru, ale i bez niego wiedziałem, co mnie czeka. Uderzenia fal nadwyrężyły burty okrętu i rozluźniły deski poszycia. Żaglowiec zaczął przeciekać. Woda wdzierała się z dołu i góry, bo lało niemiłosiernie. Kazałem zamknąć wszystkie włazy i luki. Pompy nastawione na „ful” nie dawały rady. Mężczyźni wylewali wodę wiadrami podając je sobie z rak do rąk. Kobiety wylewały wodę garnkami i patelniami. Pomieszczenie, w którym znajdował się silnik do połowy było zalane wodą. Silnik o dziwo pracował, ale rozgrzany emitował niezliczone ilości pary. Tu mężczyźni również wylewali wodę. Kobiety i mężczyźni swoim odzieniem, a jeśli i to nie pomagało, to własnymi ciałami zasłaniali szczeliny przez które sączyła się woda.   Z przerdzewiałych, nieszczelnych  zbiorników  z wodą słodką pozyskiwano wodę zmieszaną z wodą morską i fekaliami. Ludzie, a zwłaszcza dzieci zaczęli chorować, głównie na dyzenterię. Przed kingstonem, podobnym do wiejskiego wychodka w gospodarstwie mojego dziadka, powiadam ci John, brakowało tylko tego wyciętego w deskach serduszka, nieustannie stała kolejka. Pod pokładem panował zaduch, smród nie pranych pieluch,  potu, wymiocin i ekskrementów. Był nie do zniesienia. Po czterech dniach walki z żywiołem ludzie słaniali się z wycieńczenia, ale nadzieja na ocalenie nigdy ich nie opuściła, a dnia piątego zajaśniała całą swoją mocą. Morze się uspokoiło. Otwarto wszystkie luki i włazy. Zaczęliśmy uszczelniać wszystkie szczeliny pakułami i smołą. Statek nadal przeciekał, ale pompy dawały już radę. Okręt wysechł na tyle, że ludzie a zwłaszcza dzieci wracały powoli do zdrowia. Nie mniej jednak straciłem kilku ludzi wśród pasażerów. Co najmniej dwóch fale zmyły z pokładu za burtę, reszta zmarła z wycieńczenia i biegunki. Niestety zmarła też i ta czarnowłosa dziewczynka, której matka tak mnie błagała o zgodę na ten rejs. Dziś, John z perspektywy czasu uważam to za cud, ale pomimo to wciąż mam ten obraz rozpaczającej matki pochylonej nad martwą czarnowłosą trzymiesięczną córeczką. Po kilku następnych dniach dowlekliśmy się do portu w Jackonville i tam okręt zatonął. Ocalało 54 Estończyków, którzy po kilkumiesięcznej kwarantannie rozjechali się po całych stanach Zjednoczonych, a niektórzy z nich trafili nawet do Kanady.

 

 - Nie lada wyczyn, kapitan. Jesteś bohaterem.

 

- Ja się tak nie czuję, John. Wolałbym po stokroć tonąć podczas sztormu, aniżeli patrzeć przez kilka dni na zwłoki kilkumiesięcznej dziewczynki i na zrozpaczoną matkę.                

 

- No, ale my tu gadu, gadu, a piwo się grzeje.

 

 - Oj tak, Jon. Polewaj bo zaraz muszę  już iść. Mam umówioną wizytę u fryzjera.

 

- U tej Ukrainki.

 

 - Skąd wiesz?

 

- Też tam chodzę.

 

- Biedna, musiała zostawić wszystko i uciekać przed wojną razem z dziećmi. Mąż zginął na froncie.

 

 - Ale strzyże dobrze, no i jest ładna.

 

 - Aż kusi by poflirtować, dlatego chodzę do niej razem z żoną, by nie kusiło. Swietłana wtedy w promocji strzyże mnie za darmo kasuje jedynie żonę.

 

 - No popatrz kapitan, jak to koło się zamyka. Płynie w tobie krew Wikingów, twoje korzenie pochodzą z ukraińskiej ziemi, która kiedyś była Polską, a teraz idziesz do fryzjerki, która być może pochodzi z tych samych okolic, co twoi rodzice.

 

 - bo my wszyscy jesteśmy uchodźcami John.

 

- No właśnie. Zapomniałem, że ty sam włóczyłeś się po świecie za chlebem.

 

 - Bogu dzięki, że osiadłem w końcu na mej ojczystej dolnośląskiej ziemi.

 

- Zaiste, wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej.  

 

- Ahoj, John!

 

- Ahoj, kapitan!       

 

                                      

 

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Świnia czy Świna?

15 lis

DSC_0720

- Ach kapitan! Dobrze, że jesteś. Wczoraj, jak łowiłeś ryby na Baryczy, to my tu wszyscy toczyliśmy intensywny dyskurs na temat, skąd się wzięła nazwa Świnoujście. Ty, kapitan, jako stary bywalec tychże stron chyba coś wiesz w tej sprawie?

  – Miły Johnie! W tym mieście uchodzi po prostu rzeka Świna i z stąd ta nazwa miasta.

 - A ja żem sobie dumał, że t tego miasta świnie uchodzą.

  – W tym właśnie problem, że nie uchodzą. Świnie i to często dzikie tam są. No dobra, jak chcesz to ci opowiem skąd nazwa się bierze. Jak wiesz, John przez dziesięć lat mieszkałem i pracowałem w Międzyzdrojach. Miastem graniczącym ze Świnoujściem. Ta nazwa – Świnoujście, nigdy nie dawała mi spokoju. Skąd się wzięła? Czy rzeczywiście tędy uchodziły jakieś świnie, a jeśli tak, to gdzie? Problem ze świniami miasto Świnoujście ma zresztą do dziś, podobnie jak i Międzyzdroje. Tyle tylko, że to są dzikie świnie i nigdzie nie uchodzą tylko podchodzą do ludzi. Nauczyły się bowiem, że turyści zawsze mają coś dla nich do jedzenia i to pomimo często spotykanych tablic z napisem: „Nie karmić dzików”. Zdarzało się też niestety, że niejeden turysta został poturbowany przez owe dzikie stworzenia. Prawdopodobnie nieszczęśnik albo nie miał nic do jedzenia, albo nie chciał się z „braćmi mniejszymi” podzielić. No i jak tu nie karmić.
Władze miasta zorganizowały więc specjalną akcję i sami dokarmiali te zwierzęta. Pasza jednak była zatruta. Nie tak, aby zwierzęta padały jak muchy, ale tak aby się zaśliniły jak czasami śliniak z „Rodziny zastępczej” i popłakały jak bobry. Nie bardzo to jednak skuteczne lekarstwo. Dziki grasują nadal. Widocznie prawdą jest to, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do trucizny też.
Być może zapłakane dziki to dalecy potomkowie świń, które mieszkały tu w XVIII wieku i wywołały prawdziwą czterdziestoletnią „świńską wojnę”. Ubodzy chłopi hodowali tu świnie w sposób wybitnie wolno – stanowiskowy, a nawet wolno – wybiegowy. Świnie wybiegały bowiem tam gdzie chciały, a chciały najczęściej do lasów książęcych i borów królewskich, na co książęta pomorscy i król Prusiech nie mogli się zgodzić. W obronie nadmorskich plantów w 1763 roku Ehbers, nadzorca budowy portu, zażądał ustanowienia pastucha, który opiekowałby się hordami. Kilka lat później nakazano niepokorne zwierzęta odstrzeliwać. Kłopot rozwiązał się na początku XIX wieku, kiedy to przemyt, który rozkwitł w porcie w okresie wojen napoleońskich, stał się zajęciem o wiele bardziej lukratywnym niż hodowla świń i rybołówstwo nawet razem wzięte, czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Od 1824 roku ambicją Świnoujścia stało się uzyskanie statusu nadmorskiego kurortu i świnie odeszły w niepamięć, bo już wtedy politycy wyznawali zasadę, że jak się chce jakiegoś problemu pozbyć, to należy udawać, że go nie ma, albo czym prędzej zastąpić go innym.
Ja tam mam swoją teorię. Kiedyś rzeka Świna nazywała się po prostu Świnia. Nikomu to nie przeszkadzało, ale kiedy zaczęli przyjeżdżać turyści to zrobiło się trochę głupio, bo nikt nie chciał wypoczywać nad Świnią albo mieszkać nad Świnią, że o pływaniu w Świni nie wspomnę, nawet jeśli jest ona przez wielkie Ś. Przerobiono więc nazwę na Świna.

  – Pewnie zaschło ci już w gardle od tego gadania, może wina?

  – Byczą krew poproszę.

– Dalej nie jesz mięsa, kapitan?

– Nie dlatego namiastką jest bycza krew.

- Za te opowieść masz całą butelkę z rabatem.

  – Jakim?

– Toaleta i szatnia za darmo.

– O ty swinio!

– Żartuję kapitan.

– Ja też, twoje zdrowie John!Ahoj!

  – Ahoj, kapitan.

 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Imigranci

25 paź

imigrantka-Ahoj kapitanie! Powitać bywalca bagien i mokradeł Doliny Baryczy. Co słych-ować u waćpana?

- A witam starego Johna, najlepszego warzy-piwowara na świecie. Polej mi John czerwonego wina grzanego, bom zmarzł okrutnie nad wodą imigrantów wypatrując.

- To i ciebie kapitanie wciągnęli w to zjawisko?

- Taka praca John.

- Widziałeś jakiegoś imigranta.

- Pełno John. Całe tabuny. Siła ich John.

- Nie tabuny, lecz tabory może?

- To nie Cyganie John, choć podobni. Przybywają do nas z Afryki i Azji.

- To wiem kapitan, ale co ty dokładnie z nimi robisz?

- Nic specjalnego, śledzę i badam czyli monitoruję.

- Co monitorujesz?

- Czy jakiejś zarazy nie przynoszą.

- To ty kapitan nie szukasz współczucia, zrozumienia czy choćby ludzkiej solidarności tylko zarazy w nich? Zaczynam się kapitan wstydzić za ciebie.

- To między innymi dla twojego dobra John.

- Nie chcę takiego dobra kapitanie. No, ale dobra, powiedzmy, że znajdziesz u nich tę zarazę. To co wtedy zrobisz.

- Nie ode mnie to zależy, ale od „góry”. Prawdopodobnie jednak uśmiercimy i zutylizujemy.

- Co?

- To najwłaściwsze i jedynie słuszne postępowanie, John.

- Powiedz mi chociaż kapitanie, co to za zaraza u tych imigrantów.

- Influenza.

- A z czym się to je?

- To rodzaj grypy John.

Wielkie nieba kapitan! Z powodu grypy chcecie ludzi uśmiercać?

- Jakich ludzi John, co ci chodzi po tej starej głowie? Ja o ptakach mówię.

- O ptakach?

- Tak o ptakach. Przylatują z Afryki ze Wschodu i to nawet tego Dalekiego i mogą przywlec ptasią grypę, która może być groźna między innymi dla ciebie John.

- A ja myślałem, że…

- No właśnie John. Wydałeś osąd zanim poznałeś temat. Twoje niezrozumienie sprowadziło cię do myślenia o mnie w kategorii mordercy. Sam teraz widzisz, jak bardzo to było niesprawiedliwe.

- Wybacz kapitan. Masz u mnie cała flaszkę za darmo dzisiaj.

- Dobra John. Wypiję za właściwe wybory.

- A prawda, ja już głosowałem. Dałem swój głos na…

- Cicho John, cisza wyborcza przecież.

- Twoje zdrowie John.

- Twoje zdrowie Kapitan. Ahoj!

- Ahoj!

 

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdzie jest złoto?

26 wrz

złoto ziemi

Nastały na naszą ziemię ostatnimi czasy takie niesamowite upały, że ino patrzeć, jak stepowieje nasz krajobraz ojczysty. Rodzima szata roślinna zamiera, a niektórym to palma już zaczyna odbijać. Wszystkich ogarnęła prawdziwa gorączka złota. Złoty blask oślepia ludzi nie tylko w postaci słonecznych promieni, ale ostatnimi czasy również w formie niesamowitych opowieści o tym, co jest pod ziemią, pod moją ukochaną dolnośląską ziemią. Nawet w tawernie „Pod Wrakiem” miast snuć morskie opowieści wszyscy gorączkowo bredzą o złotym pociągu, tunelach zasypanych i wielkim mieście pod ziemią.

 - Powiadam ci John, wiercą, kopią, świdrują georadarują .

 - Co znowu bieda-szyby wróciły do łask?

  – Coś w tym rodzaju, tyle tylko że tym razem to nie węgla szukają, a złota.

- Kiedyś mnie uczono, że węgiel to czarne złoto Polski.

- Dziś już nie. Ceny węgla spadają na łeb. Dziś Polska nie węglem, a złotem stoi.

- Słyszałem nawet, że jeden Polak chciał złotem zapłacić za taksówkę w Chinach.

– Nie złotem, a złotym medalem.

- A co to za różnica?

– Ano taka, John, że to był medal z mistrzostw świata.

– Prawdziwa polska fantazja.

– Tym bardziej, że poparta okowitą.

 - A właśnie, co dziś pijemy, Kapitanie?

- Wiesz, że piję tylko wino.

- Mam dziś Chianti Classico prosto z Toskanii.

 - To też prawdziwe złoto Toskanii.

 - Bo złoto kapitanie, jest wszędzie tam, gdzie jest miłość i przywiązanie do ziemi. To ziemia za należyte traktowanie złotem ludziom odpłaca. Aby być bogatym, nie trzeba szukać zrabowanych skarbów pod ziemią, wystarczy żyć na ziemi i z ziemi, na której się żyje. Dla Zamku Książ prawdziwą żyłą złota jest fala turystów i dziennikarzy, którą dziś napędza bajka o złotym pociągu, a w maju Święto Kwiatów,  dla Toskanii tym złotem są winnice, a dla mnie ta tawerna, bez której pewnie nie mógłbym żyć…

- Ja też nie.

  – I to wcale nie dlatego, że tawerna przynosi mi jakiś dochód, bo bywa i tak, że wcale go nie przynosi, ale przede wszystkim dlatego, że tu przychodzą ludzie, którzy są solą tej ziemi, tak jak ty kapitan. Ja nie wiem, co jest na 65 kilometrze kolejowego szlaku, ale wiem, co jest na moim 65 roku życia i powiadam ci kapitan, że to, co tam znajduję jest prawdziwym złotem i czyni mnie bogatym.

- Święte słowa John. Nalej mi jeszcze tego Chianti Classico i czymogę zapłacić medalem?

  – Złotym?

- Nie, ale maratońskim.

– Schowaj ten medal, kapitan. Te medale to twoje złoto. Mnie zapłacisz dudkami, jak je będziesz miał.

– Ahoj, zatemJohn.

– Ahoj, kapitan.

 

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiana barw

25 sie

Zamek willa w parku bukowymDługo mnie nie było w ” Tawernie pod Wrakiem”. Sprawy związane ze zmianą bandery okazały się tak absorbujące, że nie znalazłem ani jednej chwili, by odwiedzić starego Johna. Czas to naprawić! Idę na wino. John pewnie myśli, że znowu porwali mnie  kosmici. Tym razem sam się porwałem na wielkie stawy i bagna Doliny Baryczy. Śmieją się niektórzy, że zamieniłem barkę na kajak i zamiast pływać, to brodzę. Miał rację Andrzej – mój znajomy i stary wilk morski, że stałem się kapitanem żeglugi szuwarowo – bagiennej. Odnalazłem jednak w tej krainie ciszę i spokój i jestem jeszcze bliżej natury.

- Witaj kapitanie! -  Zawołał John na powitanie – Jużeśmy wszyscy tu myśleli żeś bracie przepadł w odmętach morskich głębin.

 - nie bój, John. Ja choćbym i przepadł w głębinie losowych zdarzeń, to zawsze gdzieś wypłynę, niczym „Latający Holender”. Barwy zmieniłem John.  Rzuciłem na dobre banderę Gryfa i do nóg padłszy najjaśniejszej księżnej Jadwigi Śląskiej o służbę we flocie, co pod godłem Św. Piotra pływa poprosiłem, a zgodę uzyskawszy, banderę ową na maszt kadłuba mego wywiesiłem. Blisko domu John.

 - Ale do morza daleko.

  – Dla mnie każda woda dobra.  Nie narzekam. 

 - piwa się napijesz?

 - Nie, John nie piję piwa. Chyba, że twojej produkcji. To, co oferuje dzisiejszy przemysł nie jest już piwem.

 - No. mojego niestety nie mam. Brdzie za jakieś parę tygodni. Sam wiesz, jak długo musi dojrzewać. Może Rumu?  

 - Rum jest dobry na okręcie, gdzie nie ma czasu na delektowanie się smakiem. Tu na lądzie trunkiem z wyboru jest wino, John. Daj mi dobre czerwone wytrawne wino.

  -  Sie robi, kapitan. Co do wina? Mam flaki, golonkę , wołowinę….

 - Nie jem mięsa John.

 - Co?

 - To, co robi dzisiejszy przemysł ….

- Nie jest już mięsem.

 - Właśnie, John.

– Widzę,  że nie tylko banderę zmieniłeś, upodobania również. Mam nadzieję, że biegać nie przestałeś. Aż się boję o to pytać.

 -  A właśnie John.  Szykuj dla mnie dużo makaronu i sosu pomidorowego. We wrześniu mój ostatni maraton.

 - Bój się Boga, kapitan nie będziesz biegał?

 - Nie John, będę chodził, albo jeździł na rowerze. 

 - Zamiast morza, nizinne wody, zamiast piwa i rumu, wino. Zamiast mięsa, ryby i makaron. zamiast biegania, marsz i pedały. Kapitan toż to totalna zmiana barw.

 - Ano tak właśnie jest John. Pora na zmiany. Żyć trzeba teraz wolniej, spokojniej i na luzie. Życie typu slow, John. Ahoj!

 - Ahoj, kapitan.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

26 mar

tawerna

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Aaaa! Powitać kapitana! A gdzież to twoja dziewoja?

- John, ja właśnie w tej sprawie. Powiedz mi coś o tej kobiecie. Później ci to wyjaśnię, ale na razie musisz wiedzieć  jedno, ja nic nie pamiętam.

- Na Boga, kapitanie! Aż tak źle z tobą?

- Przestań, John! Mów!

- No to była kobieta naprawdę nie z tej ziemi….

- Skąd wiesz, że była nie z tej ziemi?

- Kapitan, tak się tylko mówi. Ona była po prostu cudownej urody, jak anioł. Wszyscy żeśmy tobie zazdrościli takiej znajomości. Była niezwykła jeszcze pod innym względem: piła piwo z tobą, jak równa z równym, tylko że to ty byłeś coraz bardziej pijany, a ona zaś, jakby wodę w siebie lała. Nic po niej nie było poznać. No i jeszcze ten pies. Zawsze przychodziliście w towarzystwie wielkiego bernardyna.

- Wiem,ten pies tu jest. Siedzi za drzwiami tawerny.

-A gdzie ona?

- Znikła.

- Znikła?

- Tak, John. Powiedz mi, czy mówiła, gdzie idziemy, kiedy już wychodziliśmy?

- Nie, nigdy. Myśleliśmy, że idziecie do twojej barki. Ona po prostu  brała cię pod ramię i wychodziliście mówiąc nam wszystkim „do widzenia”. Dziwne było tylko to, że pomijając ten pierwszy raz, ty również pomimo tego, że wypijałeś po parę piwek byłeś równie trzeźwy jak ona. Nawet sobie pomyślałem, że jak człek się zadurzy kobiecie, to w alkoholu już zadurzyć się trudniej. 

- Tylko raz byliśmy na barce razem. Tylko raz, w pierwszą noc. Później nie mam pojęcia, gdzie byliśmy, ale zacznę od początku.

- zamieniam się w słuch, kapitanie.

-Pamiętam, jak zacumowałem barkę przy nabrzeżu. Cieszyłem się, że po trzech tygodniach żeglugi zejdę na ląd, że niebawem zobaczę żonę i dzieci, no i że jak każdy marynarz schodzący ze statku zawitam do swojej ulubionej tawerny, czyli do ciebie John. 

- Miło mi to słyszeć, kapitanie i właśnie przyszliście, ty , ona i ten pies. Wszystkich nas to zamurowało. Zamurowała nas jej nieziemska uroda, ale nade wszystko nie mogliśmy wyjść ze zdziwienia widząc ciebie z kobietą inną niż twoja żona. Zresztą, z żoną również nie przychodziłeś do tawerny. Raczej sama przychodziła, żeby cię zabrać do domu. A tymczasem wy o, siedzieliście tu, przy tej ławie i piliście piwo, jedliście, śmialiście się, żartowaliście. Byliście w siódmym niebie, kapitanie. Ty mówiłeś, że pójdziesz do domu, że masz dwa tygodnie urlopu, że w domu na mnie czekają, ale ona mówiła: „nie, nie kochasiu, te dwa tygodnie to ty spędzisz ze mną”. Sam byłem ciekaw, co z tego wyniknie. Wychodzi na to, że miała rację. Przychodziliście do tawerny codziennie wieczorową porą. Oczywiście chciałeś za wszystko płacić, ale ona stanowczo zapowiedziała, że funduje cały pobyt w tawernie razem z wszelkim jadłem, napitkiem i napiwkiem dla Johna. Szczerze mówiąc zbytnio nie protestowałeś, a napitki znacznie przewyższały twoje, o ile jakikolwiek kiedyś były. Potem, jak już mówiłem wychodziliście.

- A ja budząc się wczoraj w niedzielę poczułem na twarzy mokry ciepły i szorstki jęzor tego bydlęcia. Krzyknąłem z przerażenia i wstałem na równe nogi. Ja tego psa widziałem wtedy po raz pierwszy w życiu. Stałem jak wryty i za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć skąd to zwierzę się u mnie wzięło. No nic, myślę sobie, jakoś się to wyjaśni. Włączyłem radio, moją ulubioną „trójkę” i poszedłem do łazienki. Z nadmiaru wrażeń musiałem wziąć prysznic. Prawdziwy zimny prysznic popłynął jednak z radia. Podali datę i godzinę. Wynikało z niej, że przespałem dwa tygodnie, John.

Powoli docierała do mnie ta straszna świadomość utraconego czasu. Nie mogłem jednak zrozumieć, dlaczego nikt mnie nie szukał. Mam przecież rodzinę znajomych, przyjaciół. Nikt nie przyszedł na barkę. Musieli przecież widzieć moją barkę.Nikt, naprawdę nikt się mną nie zainteresował.

Potem poszedłem do łazienki dokończyć procesu golenia i wtedy w ramie lustra zobaczyłem kartkę. Rozwinąłem papier i przeczytałem wiadomość „na obroży psa jest pendrive z wyjaśnieniem dla ciebie”. 

Podszedłem do komputera. Pierwsze ,co mnie zaskoczyło, to informacja o pojemności pamięci…trzycyfrowa. Wydrukowałem list.

  – Masz go?

– Mam, John. zaraz ci przeczytam.Posłuchaj!

 „Nie jestem człowiekiem. Pochodzę z planety Santori. Tak, tej samej, którą twój rodak opisał w książce i wcale on sobie tej planety nie wymyślił.On na niej był, bo my Santorianie go tam zaprosiliśmy i zabrali. Jak wiesz potrafimy przybierać różne formy życia, a nawet upodabniać się do martwej materii. Tu, na ziemi przybrałam postać kobiety, żeby cię uwieść. To było niezbędne do realizacji naszego planu badawczego waszej planety i was samych, czyli ludzi. Pierwszą noc spędziłam z tobą na barce, bo ci chciałam jakoś wynagrodzić to >>porwanie<<, zresztą sama byłam ciekawa jak to jest, ale nic z tego nie wyszło, gdyż byłeś tak pijany, że zaraz po wejściu do kajuty ległeś na tapczanie i zasnąłeś w ubraniu. Następnej nocy musiałam cię już zabrać na nasz statek, gdzie zostałeś dokładnie mikron po mikronie  zeskanowany razem z twoim ciałem i całą pamięcią intelektualną. Twoja wierna kopia pozostała na ziemi razem ze mną i psem,który wcale nie jest psem, tylko po prostu moim kolegą. Miał nas chronić. Trochę udoskonaliliśmy twoją replikę. Tak jak, my Santorianie stałeś się niewrażliwy na alkohol. Po prostu na cię nie działał. No i w twojej czaszce zamontowaliśmy nadajnik, który rejestrował wszystko, co widziałeś, słyszałeś, mówiłeś, a nawet myślałeś. Tak więc pod względem formalnym wszystko było normalne. Cały urlop spędziłeś razem z żoną i dziećmi, a wieczorem spotykałam się z tobą w tawernie i ściągałam z ciebie te wszystkie dane z rejestratora. Prawdę mówiąc czułam się jakbym ciebie rozbierała. Na Ziemi nie jestem sama. Jest nas wielu. W ten sposób poznajemy wasze zwyczaje, wasze życie, myśli, doznania, również te zmysłowe, intymne…po prostu wszystko. Twój oryginał pojechał na Santori, gdzie w waszym ziemskim rozumowaniu posłużył do zapłodnienia naszej rozumnej materii. W całym wszechświecie poszukujemy nowego materiału genetycznego. Jest on naszym pokarmem. Dzięki niemu możemy żyć. Znamy kulturę, poziom i historię wielu dziesiątek cywilizacji we wszystkich niemalże znanych nam galaktykach. Oczywiście po dwóch tygodniach dokonaliśmy ponownej wymiany. Zwróciliśmy ziemskiemu bytowi twój oryginał, a kopia, jak wy to nazywacie poddana została utylizacji służy teraz jako polepszacz gleby w twoim ogródku. Wybacz, ale masz wymazaną pamięć z ostatnich dwóch tygodni….”

 - John, pomimo tego listu ja dalej nie mogłem w to uwierzyć i ze strachem opuściłem pokład i poszedłem do domu. Niepotrzebnie. Żona objęła mnie za szyję, ucałowała i podziękowała za urocze dwa tygodnie,które razem żeśmy spędzili, a nade wszystko za niezapomniane noce.Wybaczyła mi nawet te wieczorne eskapady do „Tawerny Pod Wrakiem”. Mówię ci John,poczułem się nawet zazdrosny o tę moją kopię i szczerze powiedziawszy nie żałuję, że skończył jako polepszacz gleby. Dzieci również były zadowolone, bo „tata” finansował im wszystkie wyjścia, imprezy, wyjazdy… ale przede wszystkim były wdzięczne, za to, że po prostu byłem.

 - Całe szczęście kapitanie, że to się tak skończyło. Trudno w to uwierzyć, ale lepiej wierzyć już w to, aniżeli wiedzieć żeś postradał zmysły, a w najlepszym przypadku pamięć.    

 - To jeszcze nie wszystko, John. 

- Coś jeszcze?

- Ona mi w tym liście napisała dalej, że tam na Santorii naprawili w moim ciele parę rzeczy, które mogłyby być dla mnie niebezpieczne dla życia. Tak więc, udrożnili moje kanały odpływowe zmniejszając prostatę, wyremontowali mój zakład utylizacyjny, czyli usunęli zwyrodniałe komórki wątrobowe, oczyścili mój kanał spustowy usuwając polipy w jelicie grubym, poprawili zaopatrzenie w paliwo dla mojej pompy ssąco-tłoczącej, czyli poszerzyli i uszczelnili moje naczynia wieńcowe, usprawnili moją reakcję jądrową, by przedłużyć działanie rdzenia reaktora, czyli….

- No i co, działa, kapitanie?

- Jasne, jak działo, John, jak działo.

- Mówiłeś kapitan, że  ta przenośna pamięć jest tak obszerna. Po co?

- Bo tam były plany rakiety.

- Co? Wielkie nieba!

- Tak,John. Wysłałem już je do NASA.

- A co może miałem to dać Rosjanom?

- Polakom, kapitanie. Polakom!

- Wybacz John, ale Polaków  nie stać na wybudowanie takiej rakiety. To statek międzyplanetarny o unikalnym napędzie i Amerykanie już zwiększyli swój budżet dla Nasa o dwa miliardy dolarów po to by tą rakietą polecieć na Marsa. Oczywiście pytali skąd mam ten projekt.

- No i co im powiedziałeś? 

- A co miałem powiedzieć? Prawdę, przecież by mnie wyśmiali.

- Co prawda, to prawda.

- Powiedziałem im, że ukradłem Rosjanom. 

- Uwierzyli?

- Z początku nie, ale jak im powiedziałem, że co, jak co, ale Polacy potrafią wykradać Rosjanom tajne tajemnice i przypomniałem im Bitwę Warszawską oraz postać płk. Kuklińskiego. Wtedy uwierzyli, ale powiedzieli, ze szkoda, bo w takim wypadku nie należy mi się gratyfikacja za opatentowanie projektu, a to John, ustawiłoby mnie i moją rodzinę nawet na pokolenia. 

- Nie masz kasy kapitan, ale masz zdrowie. Wypijmy za to.

- Kufle w dłoń John, a swoją drogą to szkoda mi tej mojej kopii. Mogła by się przydać.

- No jasne kapitanie, przynajmniej mogła by chlać bez umiaru i bez konsekwencji bo zachowując trzeźwość. Taki dar mógłby się przydać w niejednej sytuacji.

- No tak, ale powiedz mi John, co to za frajda chlać i się nie uchlać.  

- Frajdy w tym nie ma, ale sztuka to wielka. 

- John, daj trochę strawy dla tego psa. W końcu to forma życia  i żarcie mu się należy.

- Zaraz mu wyniosę. 

John otwarł drzwi tawerny, wyszedł na zewnątrz i powiedział:

 - Kapitanie, tu nie ma żadnego psa.

 - Odprowadził mnie i wrócił na Santori John.  

 

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziadek

27 gru

dziadek 1

Zawsze nadchodzi w końcu taki czas,
Spada nagle jak dziejowej burzy grom,
Trafia i poraża wybierając kogoś z nas,
Obwieszczając światu i nam jego zgon.

Stałym bywalcem „Tawerny pod wrakiem” był Michel. Jak wielu spośród nas miał tu swoje ulubione miejsce. Kiedy go poznałem byłem młodym świeżo upieczonym adeptem sztuki żeglarskiej i od samego początku naszej znajomości „dziadek”, bo tak tu go wszyscy nazywaliśmy urzekł mnie swoim charakterem opartym głównie na prostolinijnym działaniu ukształtowanym przez surowe, tradycyjne, góralskie wychowanie ustalone od wieków, bogate w niezaprzeczalne wartości moralne, przesiąknięte głęboką religijnością, ale jednocześnie niestroniące od humoru, groteski i dobrej zabawy. Był w tawernie duszą towarzystwa. Wszyscy go lubiliśmy. Choć jego cienki, ostry dowcip raził niejednokrotnie niemal każdego z nas, to jednak nie sposób było się na niego obrazić. Niezwykle rozmowny dzielił się z nami barwnymi opowieściami wziętymi żywcem ze swojego i nie swojego życia wypalając przy tym mniej więcej połowę paczki papierosów i wypijając pięć piw, zawsze pięć piw, ni mniej, ni więcej. Dziadek nie był żeglarzem. Swoje dzieciństwo i młodość spędził w górach uganiając się za dziewczętami, chodząc na baciarki i zabawy, ale i doświadczając ciężkiej pracy związanej z życiem na wsi w surowym klimacie raz po raz nękanym przez nieobliczalne oblicze natury. Ten sielankowy byt został brutalnie przerwany przez powołanie do służby w ludowym wojsku polskim. Jego jednostka została skierowana do walk z ukraińską powstańczą armią. Dziadek należał do nielicznych, którzy wyszli cało z tej wojennej zawieruchy i jak sam twierdził dzięki Matce Boskiej z Wojakowej, przed której malarskim obliczem złożył przysięgę, że jeśli go ocali, to do końca swego życia będzie do niej przyjeżdżał każdego roku na Wniebowstąpienie na odpust złożyć Jej hołd. W Wojakowej był 68 razy. Ostatni raz w 2014 roku. Może to i dziwne, na pewno zastanawiające, ale właśnie tyle samo lat spędził u boku swojej jedynej żony, którą kochał z całego serca i troszczył się o nią do końca swoich dni. Zawsze wobec niej wierny, zawsze uczciwy, tak jak przysięgał przed Bogiem na ślubnym kobiercu. Biedna Mary, również powalona przez chorobę została sama. Bezsilność ciała nie pozwoliła jej pójść na pogrzeb męża.
Po wojnie dziadek pracował w zakładach mięsnych, jako konwojent. Swój wolny czas poświęcał przede wszystkim rodzinie, ale także również swoim pasjom, którymi były konie, gołębie i ogródek. Każdej niedzieli odprawiał niezmienny rytuał: poranna msza, karmienie gołębi i wyścigi konne, na których obstawiał gonitwy groszowymi stawkami i cieszył się jak dziecko, gdy jego koń wygrywał dla niego grosze. Za te grosze kupował swoim dzieciom, a później swoim wnukom cukierki. Wieczorem zaś, zachodził do „Tawerny pod wrakiem”, gdzie wypalając połowę paczki papierosów i wypijając swoje pięć piw opowiadał nam starodawne dzieje o żołnierzach znad kresowych stanic, o obrońcach naszych polskich granic i o młódkach, lotach i oblotach i o koniach, gonitwach i o obstawianych trójkach, jedynkach, dwójkach i porządkach. Relacjonował wszelkie przejawy bliższego i dalszego życia społecznego dodając oczywiście swój osąd w danej sprawie, często nie szczędząc przy tym ostrej krytyki nieobyczajnego zachowania. Szczerze w duchu lubiłem go właśnie za to, że walił prawdą wszędzie na boki i podziwiałem fakt, że ta prawda w żaden sposób mu nie zaszkodziła, nie powaliła, jak wielu innych, którzy próbowali się z tą prawdą zmierzyć.
Pogrzeb był w sobotę. Synowie i wnuki na własnych ramionach i na własne życzenie nieśli trumnę dziadka, któremu w jedną rękę dali różaniec, a w drugą rękę program gonitw na najbliższą niedzielę, bo a nuż tam w niebie też będzie można obstawiać. Koledzy gołębiarze, zebrawszy wcześniej dziadkowe i swoje gołębie w drewniane skrzynie wypuścili je, gdy trumna schodziła w grobową czeluść. Dziewięćdziesiąt ptaków, czyli tyle, ile dziadek przeżył lat wzleciało w powietrze wspomagając anielski orszak w uniesieniu dziadkowej duszy do nieba. A potem poszliśmy całą tawernową kompanią do Mary złożyć jej kondolencje i każdy z nas opowiadał o tym, jaki to wspaniały pogrzeb miał dziadek. A potem wszyscy, jak jeden mąż poszliśmy do „Tawerny pod wrakiem”. Tam, w miejscu, gdzie zwykle siedział dziadek, John nakrył stół białym obrusem. Na stole postawił kufel okocimskiego, a obok niego popielniczkę i paczkę papierosów. Wyjął z niej jednego, zapalił i odłożył na popielniczkę. A potem John ważył i nosił nam pieniste kufle piwa, a my wznosiliśmy je w górę i patrząc w stronę białego obrusa wychylaliśmy je w toaście za spokój duszy dziadka. John co jakiś czas zapalał kolejnego papierosa, odkładał go na popielniczkę, zabierał kufel ze stołu i wylewał jego zawartość do zlewu, po czym ważył nowe piwo dla dziadka i umieszczał je na białym obrusie. I my piliśmy swoje kolejne piwa, wznosząc co jakiś czas toast za duszę dziadka i kiedy John wylał do zlewu piąty kufel, a w popielniczce spoczęło mniej więcej dziesięć wypalonych petów stary John wyszedł zza kontuaru, otworzył drzwi tawerny i donośnym głosem oznajmił: – Mości panowie! Dziadek wychodzi!. Wtedy my wszyscy powstaliśmy z miejsc i odprowadzając wzrokiem niewidzialną duszę dziadka zaśpiewaliśmy jej ostatnią szantę na melodię „Alleluja” Cohena, czyli tę, którą zawsze śpiewamy naszym marynarskim braciom w ich ostatniej drodze do Hilo.

Alleluja

Żeglarzu stary żegnaj nam,
Wędrówki Twojej nadszedł czas,
Za fałdy chwycisz dziś ostatni raz,
Wyruszasz dziś w cudowny rejs,
Do Hilo płyniesz noc i dzień,
Tam szczęście znajdziesz wieczne – Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

Do Hilo każdy dotrzeć chce,
Gdzie bryza marszczy fali grzbiet,
Gdzie spokój, cisza, szczęście wokół jest,
W tawernach śpiew, zabawy czas,
Kompanów zawsze pełen bar,
A w duszy radość zagra – Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

Niech marzeń czar prowadzi Cię,
Niech szczęście wieczne spełni się,
Niech uśmiech zawsze lśni na twarzy Twej,
Pożegnań dziś nadchodzi czas,
Śpiew mew niech niesie Cię do gwiazd,
Więc żegnaj Bracie nasz, Alleluja!

Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii